Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obyczajowe. Pokaż wszystkie posty

Na Księżyc Myśliwych miałam apetyt już od 2016 roku. Można powiedzieć, że nawet wilczy apetyt, inspirując się tym bardzo magnetyzującym tytułem. Przeczytałam sporo recenzji na lubimy czytać i na zaprzyjaźnionych blogach, moje oczekiwania urosły do niebotycznych rozmiarów, aż w końcu przy okazji którejś wizyty w bibliotece udało się.


Tęsknota za tym, co straciliśmy lub czego nigdy nie zdobędziemy, sprawia, że nie ma nas ani tu, ani tam. Jesteśmy - nigdzie.
Księżyc Myśliwych to owiana pewną dozą tajemniczości książka z pogranicza thrillera, literatury obyczajowej i psychologicznej. Autorki określiły ją jako post-postmodernistyczny eklektyzm na granicy gry pozorów, czarnego humoru i autotematyzmu (co swoją drogą brzmi trochę snobistycznie, nie sądzicie?) Ale do rzeczy: mamy niemiecką wyspę Sylt, raczej skąpaną w deszczu i raczej nieprzyjemną od przenikliwych wiatrów. Mamy bohaterów – malarza przesiadującego w lokalnym barze z sekretną przeszłością, wdowę po zaginionym na morzu badaczem oceanu, wesołą Angielkę Rose oraz pobitego Cyryla. To ciekawe towarzystwo jest połączone przeróżnymi więzami zależności. Akcja obraca się wokół popularnego motywu „kto zabił”(/„kto pobił”). Lecz Księżyc Myśliwych to prawdziwy koktajl form i stylów. Szczególnie wyróżniają się listy pomiędzy autorkami, niby wtrącone tak „a propos”, żeby nieco spowolnić akcję, a urastają w mojej ocenie do rangi prawdziwych perełek. Listy to tematyczny misz-masz, przypominający trochę notesy nastolatek, w których można znaleźć wszystko, od przepisów, po linki do Youtube. Na szczęście najwięcej miejsca poświęcono jednak poważniejszym przemyśleniom. Autorki zapełniły strony swojej powieści maksymalnie dużą liczbą odniesień filmowych (postać Bergmana przywołana zostaje częściej niż niektórzy bohaterowie) i literackich (Karen Brixten). Co drugie zdanie zasługuje na nieśmiertelność w formie cytatu. Warstwa językowa to piątka z plusem. Co w takim razie nie zadziałało?

Gdyby autorki poprzestały na samych listach, wyrzucając całą tą nieciekawą historię fabularną byłoby to z korzyścią dla wszystkich. A tak to za piękną otoczką, kryje się… pustka. Ta książka to według mnie wydmuszka. Bardzo piękna, owszem, ale jednak wydmuszka. Z przykrością to mówię, ale ta powieść nie ma w sobie nic odkrywczego, nic zapadającego w pamięć, nic co wyniosłoby ją ponad przeciętność. Historia jest po prostu prosta (może nawet prostacka w pewnych momentach), miałam wrażenie, że momentami leciała po banałach. Oczywiście to nic złego, tak samo jak nie każdy ma ochotę w sobotę wieczór studiować „Wojnę i pokój” zamiast oglądać seriale na Comedy Central tak samo nie każdy oczekuje od dzieła pań Krenz i Bielak, że stanie w jednym szeregu ze światowymi klasykami.

Ja niestety oczekiwałam tego – dlatego poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko. Jestem pełna nadziei, że autorki objawią jeszcze swój talent, jeśli tylko znajdą pomysł na chociaż trochę ciekawszą historię. Polecam – nie polecam. Zależy czego szukacie.

Księżyc myśliwych. Katarzyna Krenz, Julita Bielak.
Urok Wodnikowego Wzgórza jest subtelny. Tkwi w prawie rzeczywistym zapachu nagrzanego brzegu rzeki, porośniętego trzciną, falującą w rytm popołudniowego wiatru. Smakuje świeżymi warzywami prosto z domowego ogródka. Przywodzi na myśl moment ciszy tuż przed zachodem słońca, kiedy cała przyroda nieruchomieje w zachwycie.

recenzja książki
 R. Adams napisał Wodnikowe Wzgórze za namową córek, które jako dzieci były pierwszymi słuchaczami tej historii. Książka odniosła sukces zwłaszcza w ojczyźnie autora, gdzie wpisała się na stałe do klasyki literatury. W Polsce Wodnikowe Wzgórze cieszy się (zupełnie niesłusznie według mnie) mniejszą popularnością. A szkoda, bo to piękna książka.

Krótko o fabule – Wodnikowe Wzgórze to opowieść o królikach. I proszę, nie zniechęcajcie się po przeczytaniu tego zdania! Mimo, że bohaterami książki są zwierzęta, problemy mają bardzo ludzkie. Historia rozpoczyna się, gdy kilku mieszkańców królikarni w Standford postanawia opuścić dotychczasowy dom, przeczuwając bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo. W czasie wędrówki muszą mierzyć się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami, czy to pod postacią samotnego psa wałęsającego się po polach, czy rzeki „nie do przeskoczenia”. Nie dajcie się zwieść przyziemności króliczych kłopotów. Pan Adams snuje swoje historie wciągając czytelnika w główny nurt wydarzeń, z drugiej strony pozostawiając dużo miejsca na własne interpretacje lub rozszyfrowywanie metafor. I wszystko to jest nienachalne. Bo wbrew pozorom ten króliczy exodus nie jest alegorią ludzkich dziejów. Owszem, czasem można się w niej przejrzeć niczym w lustrze, ale są to tylko momenty. Zupełnie inaczej niż przykładowo w Folwarku zwierzęcym, gdzie czytelnikowi cały czas towarzyszy świadomość, że nie o same zwierzęta tu chodzi. Wodnikowe Wzgórze jest mniej abstrakcyjne, co nie znaczy, że gorsze. Powieść płynie spokojnym rytmem – można się nią rozkoszować. Podział na mikro rozdziały sprawia, że czujemy się jakbyśmy pili ulubioną kawę w wakacyjny poranek – powoli, niespiesznie, bez szaleństwa w myślach.

Warto też chwilę przystanąć nad warstwą przyrodniczą – tak bliską naszym puchatym bohaterom. Natura oprócz tego, że jest z oczywistych względów tłem wydarzeń, to największa ozdoba tej historii. Opisy przyrody są bogate w gatunki, tekstury, zapachy, barwy. Te plastyczne obrazy są często porównywane ze światem kreowanym przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. I rzeczywiście jest w nich pewne podobieństwo. Tyle, że Adams opisuje realny świat – znawcy wychwycą to od razu. Przyroda opisana przez autora przypomina stare obrazki botaniczne – te precyzyjne, wnikliwie opisane rysunki roślin o ponadczasowym uroku.

Wodnikowe Wzgórze to jedna z moich ulubionych książek. Wracam do niej kiedy chcę na chwilę przystanąć. Polecam absolutnie każdemu!
                                
Wodnikowe Wzgórze. Richard Adams.
Ręka do góry kto tęskni za czytaniem książek do rana? Komu brakuje tego cichego głosiku w głowie "jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko kilka stron"? Kto chciałby przypomnieć sobie, jak to jest zorientować się o 2.37, że przecież przed chwilą otworzyliśmy książkę?

Dziś kilka tytułów książek dla tych, którzy chcieliby dać się pochłonąć. 

recenzja
1. Dziewczyna z pociągu. Paula Hawkins. Trzy kobiety, trzy historie, jedna zagadka. Nie jest to żaden wybitny thriller, ale nie można mu odmówić dobrze zbilansowanego tempa akcji. Napięcie rośnie powoli, fabuła jest dopracowana - drobne niedorzeczności nie rażą, a przynajmniej nie tak bardzo. No i najważniejsze - "Dziewczyna z pociągu" mknie jak tytułowy pociąg.

recenzja2. Cichy wielbiciel. Olga Rudnicka. To także thriller, od którego nie można się po prostu oderwać. Akcja kręci się wokół tematu, który jeszcze nie tak dawno był całkowicie bagatelizowany i traktowany z lekceważeniem, a w najlepszym razie z dezaprobatą - mowa tu o stalkingu, bo tak fachowo nazywa się nękanie i dręczenie fizyczne i psychiczne. Jednak pomimo ciężkiej tematyki, książka jest bardzo przystępna, napisana lekkim i prostym (niestety momentami nawet zbyt prostym) językiem. W każdym razie przeczytanie tej 400 stronicowej książki zajęło mi jeden dzień.

3. Zaginiona dziewczyna. Gillian Flynn. Pisałam o niej na początku tego roku, bo zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że akurat tutaj łatwość czytania idzie w parze z wysoką jakością. Polecam po trzykroć. Bardziej zainteresowanych odsyłam tutaj.

recenzja4. Seks na księżycu. Ben Mezrich. Dla odmiany przyjemna książka w gatunku obyczajówki-przygodówki, pod flagą american dream. Sympatyczna opowieść o chłopaku z NASA, który dla dziewczyny próbuje wykraść pilnie strzeżone skały księżycowe. Uwaga, ta historia jest oparta na faktach! Więcej o niej tu.

recenzja5. Trafny wybór. J. K. Rowling. Umieściłam "Trafny wybór" w tym zestawieniu przede wszystkim z uwielbienia dla stylu Rowling. Podziwiam to co ona robi ze słowami. Potrafi nimi czarować ; ) Równie dobrze mogłabym tu podać tytuł każdej części Harry'ego Pottera, jednak domyślam się, że większość osób ma za sobą czytanie Harry'ego, a problemy małego miasteczka Pagford wciąż są znane mniejszemu gronu czytelników. Pełna opinia dostępna tutaj.

A na koniec pytanie, co jeszcze dodalibyście do tej listy?


Szaleństwo, prawdziwe szaleństwo zdolne jest przebić pięścią mur.
Tym cytatem Terry'ego Pratchetta zaczyna się zbiór opowiadań o Berlinie. Traktują one o podziale miasta nie tylko w formie fizycznej - o murze przecinającym Berlin na pół; o murze dzielącym Europę na Wschodnią i Zachodnią. Mówią o murze między ludźmi, o tym czy naprawdę istniał i czy rzeczywiście upadł.

Berlin, podobnie jak całe Niemcy, został podzielony po II wojnie światowej na 4 strefy kontrolowane przez USA, Francję, ZSRR i Wielką Brytanię. Powoli zaczynała się zimna wojna. Sojusz powstały na potrzeby walki z Hitlerem zaczynał się rozpadać, a antagonizmy między Wschodem, a Zachodem zaczynały być coraz bardziej widoczne. Jednak to nie historia o państwach i "wielkich" tego świata, dla których mur był tylko kreską na mapie, jednym z elementów skomplikowanej gry politycznej. "12 kawałków o Berlinie" opowiada o zwykłych ludziach, którym zagrodzono drogę z pracy do domu. Zabrano ogród. Uniemożliwiono spotkania z narzeczoną. Historia zawsze jest najbardziej niezwykła właśnie w takich wspomnieniach.

Czytając tę książkę myślałam o tym, że każdy kraj ma swój niewidzialny, wewnętrzny mur. Jest w spojrzeniach ludzi, którzy patrzą na innych - tych mających inny odcień skóry i modlących się do innego Boga albo wyznających inne poglądy. Wszędzie tam, gdzie słowo "różnice" równoznaczne jest z "niebezpieczne". Trudne są te dzisiejsze mury, a przecież powstały z tych samych powodów co berliński. Ciężej je obalić, skoro istnieją tylko w głowach.

Wracając do samej książki - duże wrażenie na mnie zrobił także... wiek autorów. Są niewiele starsi ode mnie, a oprócz tego, że piszą bardzo dobrze, to jeszcze zdają się podchodzić bardzo dojrzale do tematu. Punkt dla pokolenia 80, 90.

Ozdobą reportaży są fotografie pokazujące "blizny" - te miejsca w Berlinie, które jeszcze nie tak dawno dźwigały na swych barkach kawałki muru. Dzisiaj tylko wprawne oko dostrzeże, że nie są to zwykle skwerki i cudze płoty. Szkoda jedynie, że nie dotyczą stricte opisywanych miejsc.

Jednym słowem polecam. Nie tylko tym, którzy lubią Berlin.
                                   
Mur. 12 kawałków o Berlinie. pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej
Smaczny kąsek dla wielbicieli dobrych, psychologicznych powieści. Pozornie zapowiada się na zwyczajny thriller: ot, zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu. Kto spodziewa się pościgów, nagłych zwrotów akcji, zmartwychwstania siostry bliźniaczki, tudzież trupów w szafie (a może?) i innych tego typu szaleństw, niemal zawsze obecnych w dzisiejszych kryminałach, może czuć się zawiedziony. Za to wszyscy inni - docenicie wyrafinowanie tej książki.

Gone girl recenzja

Nie będę nakreślać Wam zarysu fabuły, bo mieści się w samym tytule - dziewczyna znika. Pierwszym podejrzanym staje się automatycznie mąż. Ale ta książka jest bardzo nieoczywista i w sumie nie chodzi w niej o samą zagadkę. To świetne studium toksycznych związków, szaleńczej miłości i prozy życia, która podstępnie kradnie żar uczuć zostawiając tylko puste miejsce na nudę. Amy i Nick, którzy na przemian są narratorami powieści opowiadają o sobie nawzajem. Z każdym kolejnym akapitem dorzucają trochę nowego do obrazu partnera, co sprawia, że obraz zmienia się d i a m e t r a l n i e.

Język jest bardzo przystępny, czyta się lekko. Tutaj gra prowadzona jest nie tylko między dwójką głównych bohaterów, ale zostaje w nią wciągnięty także czytelnik. Zabił czy nie zabił? Kim ona jest? Autorka bawi się z nami (albo nami) - czasami wydaje się, że rozgryźliśmy to wszystko, czasami wyłapujemy nieścisłości i myślimy: "o mam Cię!", żeby zaraz potem zorientować się, że to był blef, podwójny blef. Wyobrażam sobie, że niektórych może irytować takie granie na nosie. Mi się to bardzo podobało.

Całkiem ciekawe były także przemyślenie Amy lub Nicka dotyczące bardziej ogólnych tematów. Oczywiście skupiali się głównie na sobie, ale od czasu do czasu dawali się poznać jako cyniczni obserwatorzy współczesnego świata.
Jeśli ktoś nas zdradza, wiemy jakie słowa wypowiedzieć; gdy umiera ukochana osoba, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Jeśli chcemy odegrać ogiera, cwaniaczka albo głupka, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Wszyscy korzystamy z tego samego wyświechtanego scenariusza. W tych czasach bardzo trudno być osobą, po prostu prawdziwą, rzeczywistą osobą, a nie zbiorem cech charakteru wybranych z pojemnego automatu z charakterami.
Myślę, że im bardziej czytelnik będzie podzielać ich pokrętne spojrzenie na świat i związki, tym więcej będzie miał satysfakcji z lektury.

Dlatego ja polecam z czystym sercem. Jeśli macie ochotę obejrzyjcie również film (to od niego zaczęłam przygodę z tą historią). Jest naprawdę dobry!
                          
Zaginiona dziewczyna. Gillian Flynn.

Billa Brysona poznałam w trakcie zabawy z czytaniem 100 najlepszych książek BBC. Jego "Zapiski z małej wyspy" były strzałem w dziesiątkę. Tym razem ten publicysta i podróżnik w jednej osobie bierze na warsztat swoją ojczyznę - supermocarstwo, kraj "naj" - USA. Jakie są jego przemyślenia na temat własnego kraju po latach życie w Europie?

Zapiski z Wielkiego kraju Bill Bryson

Na pewno w większości zabawne. Bill Bryson serwuje nam ten rodzaj humoru, który bardzo lubię, trochę autoironii, mnóstwo dystansu do siebie, wszystko lekkie i przyjemne. Domyślam się, że prywatnie musi być bardzo fajnym człowiekiem (jaki inny napisałby felieton o tym, że fascynują go niszczarki do papieru). Z wnikliwością naukowca prowadzi obserwacje życia amerykańskiego, beztroskiego społeczeństwa. A wnioski... wcale nie są zaskakujące :) Bo Amerykanie naprawdę są trochę tacy jak w stereotypach - uwielbiają niezdrowe jedzenie równie mocno jak swoje samochody, których używają do przedostania się nawet tylko na druga stronę ulicy. Nie znają granic w wymyślaniu coraz to nowych patentów na biznes. Są niesamowicie optymistyczni i tacy jakby głupsi. USA to kraj, który wysyła ludzi w kosmos, a innym ludziom drukuje instrukcje użytkowania plastykowej reklamówki. Kraj absurdów, prawda?


Bill Bryson nie może wyjść z podziwu, że np. na szamponach do włosów jest informacja z numerem czynnej całą dobę infolinii, na którą można zadzwonić i... (sama nie wiem, powiedzieć, że szampon słabo się pieni?). Tłumaczy również dlaczego dla Amerykanów tak ważne jest Święto Dziękczynienia, za co oni właściwie dziękują i dlaczego przez to bagatelizują Boże Narodzenie.

Wśród wielu naprawdę dobrych tekstów zdarzają się niestety trochę gorsze - głównie te w których autor marudzi niemiłosiernie. Chyba każdy trochę ostrzej ocenia swoje własne podwórko niż "obce kraje" - tam mocniej zwracamy uwagę na wszystko co jest lepsze, sprawniejsze, ładniejsze i ciekawsze niż u nas. Dlatego można zrozumieć skąd to narzekanie u Billa Brysona. Zdecydowanie odczuwa się również upływ czasu. Książka wydana pod koniec lat 90 - tych, jest dziś nieco przeterminowana - z jednej strony dodaje to uroku (kto nie wspomina z rozrzewnieniem kaset VHS, kart telefonicznych i dyskietek komputerowych) a drugiej mamy świadomość, że Ameryka musi być dziś inna.

Generalnie "Zapiski z wielkiego kraju" oceniam równie dobrze jak "Zapiski z małej wyspy" (porządne 7/10). Chyba dodam też mały plusik za krótką formę - felietony ze względu na małą objętość miały spójny charakter i nadawały się do czytania nawet przy małej ilości wolnego czasu.

Przeczytajcie, polecam : )
                        
Zapiski z wielkiego kraju. Bill Bryson.



Rodzinne ciepło, trochę humoru, szczypta niedorzecznego romantyzmu i burza loków (najprędzej rudych) to przepis na niejedną książeczkę z serii zwyczajowo zwanej Jeżycjadą. Małgorzata Musierowicz od wielu lat serwuje nam zapiski z kolejnych perypetii rodziny Borejko. Ostatnio zaznajomiłam się bliżej z najnowszą* częścią pod tajemniczym tytułem "Feblik".

Jest cukierkowo, a jakże : )
Starzy przyjaciele kolejnych pokoleń Borejków zapewne nie zdziwią się, że po raz kolejny bohaterem powieści jest Ignacy Grzegorz, przy umiarkowanych wtrąceniach pozostałych członków rodziny. Tym, którzy nie przepadają za tym młodzieńcem, powiem tylko, że Ignacy w tej części zdaje się być po lekkim liftingu - co prawda dalej ma problemy z prowadzeniem samochodu, ale wiele zachowań wskazuje na to, że dorósł, dojrzał i ogólnie zmężniał. Akcja rozgrywa się upalnym latem, właściwie zaraz po zdarzeniach z "Wnuczki do orzechów", znów na łonie natury (czyżby tęsknota autorki za bliższym kontaktem z przyrodą?).

Tradycyjnie już wszystko kręci się wokół miłości. Właściwie każda książka pani Musierowicz z tego cyklu opowiada historię zakochania. A jak różne były te historie na przestrzeni lat! Wspominam wigilijną miłość Elki (jaka szkoda, że nigdy już nie poświęcono jej miejsca w kolejnych częściach), ucieczkę Nutrii przez całą Polskę przed zakochanym w niej Nerwusem, złośliwą i zazdrosną o trzech braci Lelujka Laurę, pozytywną Trollę i uwielbiającego ją małego Józinka. Tyle tego było. Każda z tych historii jest inna, ale wszystkie łączy pewne miłe oderwanie od rzeczywistości. I chyba za to właśnie kochamy Borejków. Że w ich świecie dobro zawsze zwycięża, a miłość, jaka by nie była, jest naprawdę piękna w swej istocie.

I tak, tak wiem, że te nowsze części to już nie ten sam klimat, co na początku. Ale wiecie co? Mi to nie przeszkadza. Czytam, bo lubię. Wracam, bo czasami naprawdę tęsknię za tymi beztroskimi historyjkami.

A Wy lubicie Borejków? Macie swoje ulubione postacie, części?

*edit: właśnie zorientowałam się, że została wydana już kolejna, 22. część Jeżycjady - Ciotka Zgryzotka. Heheh trudno być na bieżąco.
                    
Feblik. Małgorzata Musierowicz.

Historia "Idź, postaw wartownika" jest dość skomplikowana. Napisana pięćdziesiąt lat temu, odrzucona przez wydawcę, stała się szkieletem, na którym Harper Lee oparła "Zabić drozda" - swoją do niedawna jedyną, a jednocześnie rewelacyjną powieść.


Wyczekiwałam tej książki od kiedy tylko usłyszałam, że ma się pojawić. "Zabić drozda" należy do moich ulubionych tytułów. Nieważne dla mnie było, czy "Idź, postaw wartownika" będzie kontynuacją, czy pierwowzorem. Liczyłam jedynie na podobną magię, którą zaczarowała mnie Harper Lee, na efekt wow i długie przemyślenia po lekturze. Albo chociaż takie ogólne pozytywne wrażenie.

A jak było? Chyba średnio. Co prawda zgodnie z zapowiedziami książka burzy idealistyczny obraz Atticusa, rozmywa wyraźny podział na "czarne" i "białe". Niby dobrze. Teoretycznie porusza inny problem - idealizowanie ludzi i sytuacji oraz kłopot z zaakceptowaniem odmiennego zdania u bardzo bliskich osób. Albo może inaczej - fabuła wciąż kręci się wokół rasizmu, ale akcent jest położony nie na samo zjawisko dyskryminacji, a na radzenie sobie z reakcjami na nią. Wszystko naprawdę zapowiada się nieźle. Więc czego brakuje? Sama nie wiem, chyba właśnie jakiejś magii. Po prostu nie wciągnęłam się (chociaż czyta się lekko!) i po kilka dniach czuję, że lektura nie zostawiła żadnego trwałego śladu w mojej głowie.

Mam takie przykre wrażenie, że gdyby nie nazwisko autorki, książka "Idź, postaw wartownika" przeszłaby bez echa. Dla mnie to swego rodzaju szkic przed wielkim dziełem.

A Wy, co myślicie o kontynuacji "Zabić drozda"?
                              
Idź, postaw wartownika. Harper Lee.
Tylko martwi ujrzeli koniec wojny.
II wojna światowa opętała właściwie całą Ziemię. Naród powstał przeciwko narodowi, a brat podniósł rękę na brata. W tym całym chaosie zniszczeń i śmierci już nie wiadomo kto zaczął i dlaczego. O co była ta cała wojna. Dlaczego. "Ścieżki Północy" to powieść z wojną w tle - duża część akcji rozgrywa się w japońskim obozie jenieckim. Poznajemy tam młodego lekarza Dorriga Evansa, który w zielonym piekle dżungli stara się zachować jak najwięcej swoich żołnierzy przy życiu. I to w rzeczywistości przepełnionej przemocą, głodem i niewolniczą pracą ponad siły, przy braku właściwie jakichkolwiek lekarstw. I mimo, że książka zawiera również wątki obyczajowe, a nawet romantyczne, bo niespełniona miłość Dorriga - Amy wypełnia jego myśli właściwie przez cały pobyt w obozie i późniejsze życie, to jednak zawsze ostatnie słowo będzie należało do Wojny.


Czytanie tej książki momentami zdaje się sprawiać fizyczny ból - tak bardzo żałujemy, że nie wszystko kończy się happy endem. Trudno pogodzić się z tym, że nie wszyscy dobrzy przeżyją, nie wszystkich złych dosięgnie kara. A później nawet granica między tymi dobrymi, a złymi rozmywa się. I to też boli, bo w życiu jest podobnie. Przeraża do szpiku kości bezsens tego całego cierpienia. Trudno to wszystko zrozumieć.

Ale "Ścieżki Północy" to także, a może przede wszystkim, powieść o samotności. Takiej permanentnej, która sprawia, że w niczym nie znajdujemy prawdziwego spełnienia. Dorrigo mimo, że przez społeczeństwo postrzegany jest jako bohater, ma ciepłą żonę i dzieci, a liczne kochanki dostarczają mu rozrywki i dodają życiu adrenaliny, jest wciąż głęboko samotny. Wydaje mi się, że poczucie odosobnienia towarzyszyło mu nawet w ramionach ukochanej Amy.

Cała historia składa się z fragmentów, w których zmienia się perspektywa i czas. Na początku trudno się w tym połapać, przez co ciężko się wkręcić w powieść. To takie jakby migawki, z których w pamięci zostają te najbardziej wstrząsające. To smutna, gorzka książka, która nie zostawia wiele miejsca na nadzieję. Jeśli jednak macie ochotę na bardziej ambitną literaturę to może Wam się spodobać.

A może ktoś z Was już zna "Ścieżki Północy"?
                              
Ścieżki Północy. Richard Flanagan.
Tak, tak, gdybym prowadziła ranking książek, które doprowadziły mnie do granic zirytowania "Sprzysiężenie osłów" wygrałoby bezkonkurencyjnie. Denerwujący był główny bohater - Ignacy. Tłusty, przemądrzały obibok, który żyje na utrzymaniu matki. Absurdalny był humor, który zamiast śmiechu powodował u mnie jedynie grymas na twarzy. Groteskowa akcja, język naszpikowany dialektem nowoorleańskim, pomieszanie z poplątaniem.


"Sprzysiężenie osłów" (lub "Sprzysiężenie głupców" w zależności od wydania) opowiada historię w zamiarze śmieszną. Bo i oto jesteśmy świadkami kolejnych katastrof w życiu Ignacego: jego prób znalezienia pracy lub zorganizowania partii politycznej z miejscowej bohemy. Zamiar może i słuszny, bo zdarzenia i osoby są rzeczywiście niedorzeczne. Ale każdy kto zobaczy chociaż cień rzeczywistości w tej przerysowanej historii będzie się bawił zdecydowanie mniej lub wcale. Pod etykietką "komedii" kryje się prawdziwy dramat. Dlatego lektura "Sprzysiężenia osłów" nie była dla mnie odprężającą rozrywką.

Zrozumcie mnie dobrze, to niezła książka. Związana jest z nią smutna historia - jej autor John Kennedy Toole popełnił samobójstwo po tym jak wydawnictwo nie zgodziło się wydać jego "Sprzysiężenia osłów". Wiedząc o tym, inaczej się ją odbiera. To zdarzenie kładzie się cieniem na całą opowieść. Autor miał duży potencjał, nawet sądząc tylko po tym jednym tytule. Jednakże nawet świetna historia wypełniona samymi antypatycznymi postaciami nie wzbudzi sympatii.

W tej książce było tyle goryczy, wewnętrznej pustki, głupoty! absurdu i bezmyślności, że wymęczyła mnie bardzo. Dlatego choć doceniam kunszt pisarski pana Toole, to jednak nie mogę jej ocenić na więcej niż 5/10. Nie poleciłabym również nikomu. Jedynym plusem było dla mnie zakończenie - cieszę się, że nie odpuściłam sobie w połowie (a chciałam).
                                         
Sprzysiężenie osłów. John Kennedy Toole.

Książkę "Motyl" poleciła mi jedna z czytelniczek przy okazji notki o najbardziej wzruszających książkach. Długo na nią czekałam, a gdy w końcu ją dostałam przeczytałam prawie jednym tchem i zaraz opowiem Wam jakie wywarła na mnie wrażenie.
Lisa Genova

"Motyl" przedstawia historię kobiety po pięćdziesiątce, wykładowcy Harvardu, szczęśliwej żony i matki. Alice wiedzie naprawdę satysfakcjonujące życie, gdy nagle spada na nią wiadomość o chorobie. I to o chorobie zarówno strasznej jak i nieuleczalnej, która kawałek po kawałeczku zabiera jej pamięć i świadomość. Alzheimer, bo tak brzmi diagnoza, kradnie tej wszystko co było dla niej ważne - błyskotliwy umysł, karierę, wspomnienia, nadwyręża relacje z bliskimi... zabiera jej samą siebie.

Lisa Genova napisała wyjątkową książkę nie tylko ze względu na temat, ale i jego ujęcie. Historia przedstawiona jest z perspektywy Alice, a nie z "zewnątrz". Na początku nie stanowi to różnicy, lecz wraz z postępem choroby głównej bohaterki sami przestajemy się orientować gdzie toczy się akcja, jaka jest pora dnia, czasami jesteśmy zdezorientowani prowadzoną rozmową. Pozwala to prawie namacalnie poczuć jak przerażający jest Alzheimer.

Historia, mimo że dramatyczna, pozbawiona jest tanich chwytów. Początkowo miałam obawy, że temat zostanie nieco spłycony. I owszem można w całej powieści wyczuć coś takiego amerykańskiego. Jednak bez cienia wątpliwości muszę uznać "Motyla" za bardzo dojrzałą pozycję. Nie upraszcza ani nie uwzniośla trudnej sytuacji rodziny Alice. Nie ma w niej patosu. Nie wydaje osądów. Autorka przedstawia różne typy zachowań i reakcji, a ocenę słusznie pozostawia czytelnikom.

Powieść nie tylko dla chorych lub ich bliskich, ale dla wszystkich, którzy mają serce po właściwej stronie. Bardzo wzruszająca książka. Szczerze mówiąc zastanawiałam się czy podołam jej ze względu na duży ładunek emocjonalny jaki niesie. Koniec końców, cieszę się, że ją przeczytałam. 7/10.
                               
Motyl. Lisa Genova.
Gotycki kryminał. Powieść w duchu Dickensa i Collinsa. Wiktoriański klimat. Takimi określeniami reklamowana jest przez wydawcę "Złodziejka" Sarah Waters.


Epitety są jednak trochę na wyrost, zwłaszcza ten mówiący o książce jako powieści kryminalnej. Cóż, nie bawiąc się za bardzo szufladkowaniem myślę jednak, że trafniejszym określeniem byłaby po prostu powieść obyczajowa ewentualnie z wątkiem kryminalnym. Za to styl XIX - wiecznej Anglii to znak firmowy pani Waters. Jeśli lubicie taką oprawę, a Austen lub Brontë są dla Was zbyt poprawne to "Złodziejka" ma duże szanse przypaść Wam do gustu.

Powieść liczy bagatela prawie 500 stron i podzielona jest na trzy części różniące się narracją. Pierwsza z nich zarysowuje intrygę, przedstawia bohaterów, kreśli portrety psychologiczne i mami czytelnika złudzeniem, że wszystko potoczy się z grubsza tak jak podświadomie przeczuwamy. Dlatego radzę czytać uważnie, a im bliżej końca I części tym mocniej się skoncentrujcie, bo zwrot akcji jest niesamowity!

Intryga jest przednia, chociaż mnogość jej poszczególnych elementów można by rozdzielić na jeszcze ze dwie książki. Tytułowa złodziejka, czyli Sue tak to komentuje:
Myśleliśmy o sekretach. Tych prawdziwych i lipnych. Zbyt wielu, by je zliczyć. Kiedy próbuję teraz ustalić, kto wiedział o czym, kto wiedział wszystko, a kto nic, i kto był oszustem, jestem zmuszona dać za wygraną, bo ta myśl przyprawia mnie o zawrót głowy.
To chyba najlepiej określa czego można się spodziewać po "Złodziejce". Od siebie dodam jeszcze całą plejadę pomniejszych łotrzyków, wyrafinowanych łobuzów i naprawdę złych ludzi, których poznacie. Takiej obsady nie powstydziłby się Borges w swojej "Powszechnej historii nikczemności".

Czy zatem "Złodziejka" ma jakieś wady?

Owszem, według mnie jest zbyt rozciągnięta i momentami akcja staje się nużąca. Spokojnie mogłaby zostać "odchudzona" o kilkadziesiąt stron z pożytkiem dla tempa akcji. Ponadto, melodramatyczność zakończenia rzuca się długim cieniem na całą książkę. Niestety. Nie ma też co spodziewać się, że "Złodziejka" dostarczy materiału do głębszych przemyśleń bądź doznań duchowych. Po prostu czyta się z ciekawością, próbując rozwiązać zagadkę lub zwyczajnie śledząc fabułę. Ja spodziewałam się czegoś więcej, więc czuję lekki niedosyt.

Dla mnie 6/10. A Wy co myślicie o "Złodziejce'? Czytaliście jakąś inną książkę Sarah Waters? A może ktoś oglądał mini serial na podstawie tej powieści?
                            
Złodziejka. Sarah Waters.
Książka to zgrabny romans napisany w formie biografii Jane Eyre. Tytułowa bohaterka to sierota wychowywana najpierw przez nieczułą ciotkę, później oddana do szkoły o surowej dyscyplinie. Niełatwy początek prawda? Ale i mała Jane ma niełatwy charakter - nie przyjmuje spadającej na nią niesprawiedliwości pokornie - broni się jak tylko może, krzykiem, płaczem i wyrzutami. Kolejne lata przynoszą jej kolejne próby, a w końcu i miłość. To jednak dopiero początek, bo jak to zwykle bywa, bez komplikacji się nie obędzie.


Sięgając po książkę Charlotte Brontë, trochę się obawiałam, że stylem będzie przypominała dzieło jej siostry - "Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë - książkę, którą zapamiętałam przez atmosferę duszności, wszechobecnego fatum i trochę jakby marazmu. Zdecydowanie" Wichrowe Wzgórza" nie przypadły mi do gustu no i co tu dużo mówić, bałam się, że z Jane Eyre będzie podobnie. Jednak na szczęście absolutnie żadnego wymienionego wyżej epitetu nie można przypisać do "Dziwnych losów Jane Eyre". Książka jest lekka, napisana bez zbędnego moralizatorstwa, niekiedy przypomina trochę thriller, ale wszystko się broni.

Tak sobie wyobrażam "moją" Jane Eyre.
Postacie, które przewijają się przez opowieść mają skomplikowane i bardzo rozbudowane charaktery. Jane, pan Rochester, pan St. John - wszyscy są nietuzinkowi, wyraziści, można się z nimi nie zgadzać. Działa to bardzo na plus powieści, która nie charakteryzuje się w końcu równie niesamowitą fabułą. Każdy znajdzie tu kogoś z kim będzie mógł się identyfikować.

Przy całej swojej "angielskości", książka nie jest ckliwa - żaden z niej wyciskacz łez. Jeśli miałabym określić ją jednym słowem to powiedziałabym, że jest przenikliwa. Z dodatkiem sarkazmu. Zawiera też zadziwiająco dużo współczesnych poglądów - kobiety w świecie wykreowanym przez Ch. Brontë pracują zawodowo, społeczeństwo nie tylko nie potępia tego zjawiska, co w ogóle nie komentuje (a przecież to XIX - wieczna Anglia). Relacje damsko - męskie zmierzają w stronę równowagi i partnerstwa, co też nie było wtedy częstą sytuacją. Dla samych takich socjologicznych smaczków warto spojrzeć do książki.

Jednym słowem, polecam! Spodoba się wielbicielom gatunku, fanom literatury angielskiej, a także wszystkim zainteresowanym dobrą powieścią obyczajową.

A czy Wy czytaliście "Dziwne losy Jane Eyre"? Co myślicie o siostrach Brontë?
                                               
Dziwne losy Jane Eyre. Charlotte Brontë.



Książka Nevila Shute'a "Miasteczko jak Alice Springs". Opowiada:
  • o Wojnie. I to tej najbardziej znanej, czyli drugiej światowej, ale w wydaniu trochę mniej znanym - opisana jest tam napaść Japończyków na Malaje (kolonia brytyjska, dzisiejsza Malezja).
  • o Wędrówce. Grupa angielskich kobiet, wzięta do niewoli przez tychże Japończyków zamiast trafić do obozu jenieckiego, jest odsyłana do kolejnych miejscowości i do kolejnych komendantów. Kobiety w konsekwencji wędrują w naprawdę trudnych warunkach po całym kraju przez wiele miesięcy.
  • o Niesamowitej kobiecie. Jean Paget. Pod słowem niesamowita chowają się inne - dobra, silna, mądra, zorganizowana, wrażliwa, przedsiębiorcza... Niesamowita.
  • o Klasycznym love story. Wiecie, ona taka idealna, on taki trochę bohater, przeszkody chcą im przeszkadzać, ale oni się nie poddają.
Pewnie czytaliście już mnóstwo takich książek, zawierających mniej lub więcej wymienionych elementów. Ja też. Ale to co jest w "Miasteczku..." najciekawsze to Australia! A najpierw Malezja.

recenzja opinia książka o Australii

Akcja książki rozgrywa się w czasie wojny i zaraz po niej. Australia i Malezja nie świecą jeszcze wieżowcami, serce Kuala Lumpur nie bije w rytm aglomeracyjnego tętna. Australia jest bardziej dzika, bardziej pusta i dużo bardziej niedostępna. Lecz to właśnie w tej rzeczywistości Jean najpierw nie daje się zabić, a później rozkręca biznes na drugim krańcu Ziemi.

"Miasteczko jak Alice Springs" pokazuje jak inne jest życie na Antypodach. Jak zmienia się zupełnie pojęcie odległości. Dla przykładu główna bohaterka lata samolotem po zakupy do "sąsiedniego" miasta Cairns. Spojrzałam z ciekawości na mapę, żeby zobaczyć gdzie znajdują się wymieniane w książce miejsca i byłam prawdziwie zaskoczona! To tak jakby latać sobie z Polski na zakupy do Francji. Klimat również daje się we znaki i odbiega od europejskiego (chociaż aktualnie panujące w Polsce 35 stopniowe upały także nie przypominają "klimatu umiarkowanego"). Jednak największym problemem małych australijskich miasteczek jest samotność.

Jean, niczym wzorowa kobieta pozytywizmu postanawia to zmienić. Żeby zatrzymać ludzi, a zwłaszcza kobiety w głębi kontynentu postanawia stworzyć warunki do pracy i otwiera lodziarnię oraz zakład szewski. Na tym jednak nie kończą się jej pomysły. Jedna inicjatywa nakręca kolejną i tak efektem domina zmienia się jej mała osada.

Mimo, że wizja przedstawiona w książce jest nieco utopijna, ma niewątpliwy urok. Można przenieść sobie w wyobraźni tę sytuację ze skali mikro do szerszej perspektywy miasta czy kraju. I chociaż książka, tak jak już wspomniałam teoretycznie nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest dobrym urozmaiceniem. Australia jest w tym przypadku jak całkiem nowa przyprawa dodana do popularnej potrawy.
                                               
Miasteczko jak Alice Springs. Nevil Shute.
Kolejne spotkanie z literaturą angielską. Dziś na warsztat idą "Wielkie nadzieje" - powieść Charlesa Dickensa. Z jego twórczością spotkałam się już przy okazji "Opowieści wigilijnej" - jeszcze w czasach szkolnych, następnie przy lekturze znakomitego "Davida Copperfielda" oraz nieco gorszego "Oliviera Twista". Dickens uważany jest za jednego z największych moralistów swoich czasów. W swoich książkach zwraca uwagę na niesprawiedliwość społeczną, nieczułość, krzywdzenie dzieci. Moje dotychczasowe doświadczenia z jego utworami potwierdzają tę obiegową opinię. Czy "Wielkie nadzieje" wpisują się w ten schemat?

Wielkie nadzieje Dickens

Otóż, upraszczając sprawę, nie do końca. Ale zanim spróbuję wyjaśnić dlaczego, kilka słów wprowadzenia. "Wielkie nadzieje" to ponad 500-stronicowa powieść, opisująca życie Pipa - biednego chłopca, przygarniętego po śmierci rodziców przez nieco oschłą siostrę i jej męża. Rutynę codzienności przełamuje dziwna wiadomość. Otóż ubogiemu chłopcu ktoś przeznaczył wielki majątek. Jak to wpłynie na jego życie? Pewnie sami się domyślacie, że zmieni je całkowicie.

W powieści jest wyraźny podział na bohaterów dobrych i złych. Białych i czarnych*. Myślą przewodnią jest docenianie tego co się ma, pochwała ciężkiej, uczciwej pracy, gloryfikacja wdzięczności, potępienie toksycznej miłości. Więc pozornie powieść wpasowuje się w ramki moralnego obrazka. Jednak, drugie dno tej powieści jest gorzkie. Czasem bywa za późno na przeprosiny. Dom do którego wracamy po długiej wędrówce bywa zmieniony. Nie wszystko da się naprawić.

Z jednej strony podobało mi się to, że powieść nie jest taka prosta. Jednak z drugiej... Brak w "Wielkich nadziejach" czegoś ponadprzeciętnego. Większość bohaterów jest antypatyczna, ich wybory, mimo, że tak ludzkie, drażnią. Atmosfera bagien, brudnego Londynu i wszechobecnych tajemnic bardzo przypominała mi "Marinę" Zafona. Tak jak i w opisywanych miejsca, tak i ja czułam się trochę duszno czytając "Wielkie nadzieje".

Wielkie nadzieje

Czego jednak nie można odmówić tej powieści? Tego, że zmusza do rozmyślań. Co sami zrobilibyśmy zmieniając nagle swój status majątkowy? Czy potrafilibyśmy przestać kochać kogoś, kto ewidentnie nie chce być kochany? Czy odtrąciliśmy kiedyś troszczących się bliskich? To tylko kilka pytań, które nasunęły mi się pod wpływem lektury.

I za to daję jej 5/10.
                                    
Wielkie nadzieje. Charles Dickens.


*Ciekawe jest to, że jedna z postaci, pan Wemmick, w swojej osobowości zamyka cały przegląd charakterów dickensowskich. Jest dokładnie w połowie "zły" i w połowie "dobry", a ten podział rozkłada się nie tylko w czasie (w godzinach pracy widzimy jego gorszą stronę, inaczej jest w czasie wolnym) ale i w miejscu (i tu znów biuro budzi w panu Wemmicku same zły instynkty, natomiast w swoim domku - Zameczku jest to człowiek do rany przyłóż).
Znacie ten stan, kiedy chcielibyście coś przeczytać, ale sami nie wiecie co? Czasami jesteście tak zmęczeni, że marzycie tylko o lekkiej, przyjemnej lekturze. Innym razem, Waszemu umysłowi brak bardziej wysublimowanej rozrywki, więc szukacie czegoś niebanalnego. Macie ochotę na wzruszenia albo głębokie przemyślenia. Jak jednak znaleźć tytuły, które będę odpowiednie w danym momencie?

Okazuje się, że to nie takie proste. W Internecie można znaleźć recenzje i opinie o milionach książek, ale czy istnieją równie przystępne sposoby katalogowania? Obawiam się, że nie. Zainspirowana notką Justyny z Happyholic (zerknijcie do niej koniecznie, mnóstwo pozytywnych treści!) postanowiłam trochę uporządkować jeśli nie cały Internet i książkową blogosferę, to przynajmniej Adres Wyobraźnia.

Dlatego chciałabym stworzyć Aptekę literacką. Z półkami pełnymi tytułów - dla zakochanych na złamane serca, dla znudzonych codziennością, dla przyszłych sportowców o byłych sportowcach itd. Postaram się w propozycjach zamieszczać przede wszystkim książki, które sama przeczytałam, ale nie wykluczam również innych - polecanych mi przez znajomych, wyszukanych w sieci, z gwiazdką do przeczytania.

Na początek, coś fajnego.

Dla zmęczonych pracą i codzienną rutyną. Książki o podróżach małych i dużych. Dla wszystkich, którzy chcą się wyrwać z szarej rzeczywistości, choćby tylko w wyobraźni. Z uśmiechem.


1. Autostopem przez życie. Przemek Skokowski. 

Przemek sam o sobie pisze, że:
Daleko mi zarówno do Alberta Einsteina, jak i Michaela Jordana. Nie jestem ani wybitnie mądry, ani wybitnie wysportowany. Jestem zwyczajnym studentem żyjącym klasycznym studenckim życiem i jakoś sobie radzę. Jedyne, co mnie wyróżnia spośród rówieśników to hobby, które niestety, jest już coraz mniej popularne - autostop.
Przemek SkokowskiNie ukrywam, że czytam bloga Przemka już od dłuższego czasu i wciąż nie przestaje mnie zdumiewać. Co ten chłopak robił! Gdzie nie był! Przejechał całą Azję na stopa, uciekał przed różnymi typami spod ciemnych gwiazd, raz spał w najdroższych hotelach, a raz po prostu przy drodze w namiocie. To naprawdę niesamowita podróż, zwykłego-niezwykłego chłopaka. Czytając "Autostopem przez życie" zapragniecie przygód, zakochacie się w podróżach, a przy tym zobaczycie jakie to łatwe.

2. Tydzień do siódmej potęgi. Kazimierz Koźniewski.

Książka mojego dzieciństwa. Co prawda jest dedykowana młodzieży, ale wciąż mam do niej sentyment. To opowieść o pewnym zakładzie między czwórką harcerzy o to, że dotrą w ciągu siedmiu dni do Pragi. W czasach bez Internetu, komórek i regularnych połączeń autobusowych. Nie mając ani kasy, ani pojęcia jak daleko jest stolica (wtedy jeszcze) Czechosłowacji. Książka przy której można się pośmiać, a i dowiedzieć co nie co o historii naszych południowych sąsiadów.

3. Zapiski z małej wyspy. Bill Bryson.

Znacie to uczucie, kiedy przebywając w obcym kraju, Wasze wyostrzone zmysły rejestrują każdą różnicę w zachowaniu, architekturze, krajobrazie, ułożeniu bułek na półkach i kolorze kostki brukowej w stosunku do ojczyzny? Zapiski z małej wyspy to opowieść o Wielkiej Brytanii widzianej oczami Amerykanina. Co śmieszy, co denerwuje, a co zachwyca obcokrajowców na tej małej wyspie? Poczytajcie. A, jeszcze taki mały fragment.
Nie da się ukryć, że Brytyjczycy całkowicie zatracili poczucie odległości. Swój najdobitniejszy wyraz znajduje to w rozpowszechnionym złudzeniu, że Wielka Brytania jest samotną wyspą pośrodku bezkresnego morza. (...) Gdyby wyobrażenia o geografii świata były kształtowane wyłącznie przez to, co się czyta w brytyjskich gazetach, to nie byłoby ucieczki od konkluzji, że Ameryka jest mniej więcej tam gdzie Irlandia, Francja i Niemcy leżą gdzieś koło Azorów, Australia zaś w gorącej strefie w okolicach Bliskiego Wschodu, natomiast wszystkie inne suwerenne państwa albo pozostają w sferze mitu albo można na nie dotrzeć tylko statkiem kosmicznym. 
Myślę, że mogą Wam (i mnie) spodobać się również:

Marcin Jamkowski Jacek Wacławski
4.  "Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk. Marcin Jamkowski, Jacek Wacławski.

Coś dla fanów żeglarstwa. Opowieść o najmłodszych Polakach w historii, którzy opłynęli obie Ameryki i o tym, że wszystko zaczyna się od marzeń. Opinia na LubimyCzytać.pl

5. Swoją drogą. Tomek Michniewicz.

Z opisu książka zapowiada się naprawdę ciekawie - autor zabiera 3 osoby w "podróż ich życia", w miejsca które sami sobie wybierają, czyli do afrykańskiej dżungli, Arabii Saudyjskiej i Ameryki. To nie tylko trzy podróże, ale także trzy różne punkty widzenia na te egzotyczne miejsca. Opinia na LubimyCzytać.pl

6. Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki. Paul Theroux.

Tym razem zmieniamy środek transportu na kolej. Kto znajdował przyjemność w podróżowaniu pociągami, słuchaniu rozmów współpasażerów, czy rozmyślaniu o życiu wpatrując się melancholijnie w krajobraz, ten odnajdzie się w klimacie "Starego Ekspresu Patagońskiego". Książka o tym, że sama podróż jest celem, a nie jej punkt docelowy. Opinia na LubimyCzytać.pl

7. Zjadłem Marco Polo. Krzysztof Samborski.

Pan Krzysztof to zapalony motocyklista. Podróżuje po tak niesamowitych miejscach jak Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny. Relacje z tych właśnie krajów składają się na publikację o wymownym tytule "Zjadłem Marco Polo". Obowiązkowo dla wszystkich zafascynowanych motorami, a także dla tych, którym nazwy wymienionych krajów nic nie mówią. Opinia na LubimyCzytać.pl

Co jeszcze polecalibyście wszystkim tęskniącym za przygodami i podróżami?
Pewnie większość z Was była, będzie lub przynajmniej zna kogoś kto był w Wielkiej Brytanii. Mimo, że to drugi kraniec Europy, dzięki Rynair czy EasyJet łatwiej się tam dostać niż do takich Kielc na przykład. Co takiego jest w Zjednoczonym Królestwie, że odwiedzamy je nie tylko z powodu pogoni za "european dream" z funtami w roli głównej?

Zapiski z małej wyspy

"Zapiski z małej wyspy" to subiektywne spojrzenie na Wielką Brytanię i Brytyjczyków oczami Amerykanina. Bill Bryson opisuje swoje przeżycia i obserwacje z dużą dozą humoru (iście angielskiego). Serio, często mówiąc, że coś jest zabawne mówimy tak trochę na wyrost, nawet nie zmieniając mimiki twarzy. W tym wypadku, przynajmniej ja uśmiechałam się i śmiałam naprawdę.

Bo nagle okazuje się, że Brytyjczycy mówią językiem zupełnie niepodobnym do angielskiego (amerykańskiego), nie mówiąc już o Walijczykach (którzy mówią tylko wrgll grlyy look man). Mają mnóstwo fantazji w wymyślaniu lokalnych nazw, ale zupełnie nie są w stanie użyć wyobraźni konstruując rozkłady jazdy. Mają niezrozumiały dla reszty świata sentyment do rodziny królewskiej i najlepszych na świecie londyńskich taksówkarzy.


Cała książka jest rzeczywiście zbiorem zapisków, z grubsza tylko połączonych motywem podróży po Wielkiej Brytanii. To spostrzeżenia o kulturze brytyjskiej, kuchni, zmianach architektonicznych w wielkich miastach i przede wszystkim o zwykłych ludziach.

"Zapiski z małej wyspy" bardzo przypadły mi do gustu. Dzięki lekkiemu, nienachalnemu humorowi, samej tematyce i chyba po prostu dlatego, że ciekawie się czyta o miejscach niby nie egzotycznych, ale zawsze trochę innych niż własne podwórko. Myślę, że sięgnę również po inną książkę tego autora, mianowicie "Zapiski z wielkiego kraju". Tym razem o USA. Jak wygląda to supermocarstwo od środka? Mam nadzieję, że niedługo się przekonam.

A Wy, skusicie się na trochę brytyjskości w amerykańskim wydaniu?
                                              
Zapiski z małej wyspy. Bill Bryson.
Jestem zakłopotana. Serio, bo dawno nic mnie tak nie zbiło z tropu. Sięgnęłam po "Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę", bo leżała na stoliku zatytułowanym "Warto przeczytać" w mojej bibliotece. Taka zaszczytna miejscówka to jest niezła rekomendacja według mnie. Piękny tytuł, urocza okładka, zachęcający opis. Co to za książka? Już opowiadam.


Książka w najlepszym razie zupełnie przeciętna, a nawet słaba. I chociaż rzadko oceniam tak jednoznacznie to tutaj po prostu nie mogło być inaczej. Jest to historia Diane, która w wypadku traci męża i córkę. Dorosłej kobiety, która nie może się pozbierać. Po roku totalnej rozsypki wyjeżdża z Paryża do Irlandii, aby tam spróbować wziąć się w garść. Brzmi naprawdę ciekawie prawda? Potencjał może i był, ale został kompletnie niewykorzystany.

Fabuła jest tak szablonowa, że każdy musiał co najmniej raz coś takiego czytać lub oglądać. Język taki, że chyba nawet gimnazjaliści wyrażają się ładniej. Bohaterzy - denerwujący. Trudno się w kogokolwiek wczuć, albo trochę polubić. Piszę to naprawdę z bólem serca, ale jak można pisać, że ta książka to "hit francuskiego Internetu, który podbił serca czytelników na całym świecie". Cóż, mojego serca na pewno ów hit nie podbił. Taki to hit, prędzej kit z literówką.

Stanowczo nie polecam. 3/10. Gwiazdki tylko za: tytuł, okładkę i zakończenie, które mogło być jeszcze gorsze.
                                            
Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę. Agnès Martin-Lugand.
Dziś całe 3 w 1 - "Rozważna i romantyczna", "Emma" i "Perswazje", czyli trzon twórczości pani Austen. Wszystkie są właściwie podobne do siebie. To romanse, rozgrywające się w XIX wiecznej Anglii. Bohaterkami są, a jakże, kobiety, a główną osią fabuły - miłość.


W "Rozważnej i romantycznej" poznajemy dwie siostry, rozsądną Eleonorę i bujającą w obłokach Mariannę. Mimo, że mają tak skrajnie różne usposobienia to łączy ich prawdziwie siostrzane uczucie. Jedni mężczyźnie pojawiają się w ich życiu na krótko, inni zostają na dłużej. Czytając, podświadomie porównujemy reakcje sióstr na podobne wydarzenia. Czy Eleonora nie tłumi za bardzo swoich uczuć? Czy nie pozwalając sobie jakikolwiek zewnętrzny przejaw swych uczuć postępuje właściwie? A Marianna, czy nie jest czasem samolubna? Niezła psychoanalizę można by zaserwować tym dwóm kobietom. Trochę brak tu humoru i słynnej drwiny z ówczesnych obyczajów, które tak się podobają u Jane Austen. Ogólnie niezłe 6/10.

"Emma" to powieść bardziej wyrazista. Tytułowa bohaterka jest irytująca, ale przez to również zdecydowanie ciekawsza. Trochę zarozumiała, trochę przemądrzała i trochę za bardzo wtrącająca się w sprawy innych (zwłaszcza uczuciowe). Mi osobiście jednak bardziej przypadła do gustu niż bohaterki "Rozważnej i romantycznej". Samej akcji w "Emmie" jest niewiele, ale rekompensowane jest to poczuciem humoru. Dla mnie 7/10.

"Perswazje" natomiast zupełnie mnie nie ujęły. Bohaterka jest niebezpiecznie bliska ideału - dobra, mądra, ładna. Przebieg zdarzeń aż do bólu przewidywalny.... Na dodatek cała ta opowieść wydaje mi się nielogiczna psychologicznie. Ale za klimat i oficerów marynarki, którzy zawsze robią dobre wrażenie 5/10.


Komu mogą się spodobać książki Jane Austen? Każdemu kto lubi klimat dziewiętnastowiecznej Anglii. Kto pośród konwenansów, dobrych manier i rozmów o dżentelmenach prowadzonych w pięknie i bogato urządzonych salonach czuje się dobrze. To książki obowiązkowe dla wielbicieli miłości wydanej w starych ramach. Absolutnie nie dla nikogo, kogo drażnią wiktoriańskie obyczaje i pewna doza sztuczności w uczuciach.

A Wy lubicie Jane Austen?

edit* od 27.04.2015 można kupić w biedronce bardzo ładne wydania m.in. Rozważnej i romantycznej, Dumy i uprzedzenia, Opactwa Northanger J. Austen oraz inne : )

klasyka obniżki duma i uprzedzenie
                                                  
Rozważna i romantyczna. Jane Austen.
Emma. Jane Austen.
Perswazje. Jane Austen.
To obyczajowa opowieść o mieszkańcach małego, angielskiego miasteczka. Rozpoczyna się przykrym wydarzeniem - śmiercią znanego i powszechnie szanowanego radnego Barry'ego. Niespodziewanie wpływa to na wszystkich mieszkańców w bardzo zróżnicowany sposób.

J.K. Rowling

Pagford to malownicza miejscowość, w której wszyscy się znają. Plotki rozchodzą się tutaj z prędkością światła. Nie dziwi więc fakt, że wiadomość o nagłej śmierci Barry'ego obiega lokalną społeczność migiem. Zasmuca jego przyjaciół, ale dla politycznych oponentów otwiera nowe możliwości. Bo mimo całego swego uroku Pagford skrywa w sobie brzydki sekret w postaci osiedla Fields - pełnego różnego rodzaju degeneratów, ćpunów, przestępców i nade wszystko zaniedbanych trawników. W tej politycznej wojnie o odłączenie Fields bierze udział zaskakująco wiele postaci, a wszystkie są tak wyraziste jakby były namalowane czystym pigmentem.


Jak dla mnie portrety bohaterów są naprawdę świetne! Nikt tu nie jest kryształowy i każdy coś ukrywa. Jednych bohaterów lubimy, kibicujemy im, inni są irytujący albo budzący odrazę. A każdy jest inny. Między postaciami, tak jak i w życiu, występują przedziwne relacje i powiązania. Wchodzimy w nie jak w pajęczą sieć. Jedne wydarzenia i osoby wpływają na inne, te na kolejne i tak dalej aż w nieskończoność. I to mi się zdecydowanie najbardziej podoba w książce. Taki mini efekt motyla, jakby śmierć Barry'ego popchnęła niewidzialne kostki domina oplatające całe Pagford.

"Trafny wybór" bardzo mnie wciągnął. Przeczytałam przysłowiowym jednym tchem. To dobrze opowiedziana historia, trzymająca delikatnie w napięciu. Lekka, ale też niegłupia, trochę do przemyślenia. Przede wszystkim dobra rozrywka. Polecam!
                                   
Trafny wybór. J.K. Rowling.