Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Psychologiczne. Pokaż wszystkie posty

Na Księżyc Myśliwych miałam apetyt już od 2016 roku. Można powiedzieć, że nawet wilczy apetyt, inspirując się tym bardzo magnetyzującym tytułem. Przeczytałam sporo recenzji na lubimy czytać i na zaprzyjaźnionych blogach, moje oczekiwania urosły do niebotycznych rozmiarów, aż w końcu przy okazji którejś wizyty w bibliotece udało się.


Tęsknota za tym, co straciliśmy lub czego nigdy nie zdobędziemy, sprawia, że nie ma nas ani tu, ani tam. Jesteśmy - nigdzie.
Księżyc Myśliwych to owiana pewną dozą tajemniczości książka z pogranicza thrillera, literatury obyczajowej i psychologicznej. Autorki określiły ją jako post-postmodernistyczny eklektyzm na granicy gry pozorów, czarnego humoru i autotematyzmu (co swoją drogą brzmi trochę snobistycznie, nie sądzicie?) Ale do rzeczy: mamy niemiecką wyspę Sylt, raczej skąpaną w deszczu i raczej nieprzyjemną od przenikliwych wiatrów. Mamy bohaterów – malarza przesiadującego w lokalnym barze z sekretną przeszłością, wdowę po zaginionym na morzu badaczem oceanu, wesołą Angielkę Rose oraz pobitego Cyryla. To ciekawe towarzystwo jest połączone przeróżnymi więzami zależności. Akcja obraca się wokół popularnego motywu „kto zabił”(/„kto pobił”). Lecz Księżyc Myśliwych to prawdziwy koktajl form i stylów. Szczególnie wyróżniają się listy pomiędzy autorkami, niby wtrącone tak „a propos”, żeby nieco spowolnić akcję, a urastają w mojej ocenie do rangi prawdziwych perełek. Listy to tematyczny misz-masz, przypominający trochę notesy nastolatek, w których można znaleźć wszystko, od przepisów, po linki do Youtube. Na szczęście najwięcej miejsca poświęcono jednak poważniejszym przemyśleniom. Autorki zapełniły strony swojej powieści maksymalnie dużą liczbą odniesień filmowych (postać Bergmana przywołana zostaje częściej niż niektórzy bohaterowie) i literackich (Karen Brixten). Co drugie zdanie zasługuje na nieśmiertelność w formie cytatu. Warstwa językowa to piątka z plusem. Co w takim razie nie zadziałało?

Gdyby autorki poprzestały na samych listach, wyrzucając całą tą nieciekawą historię fabularną byłoby to z korzyścią dla wszystkich. A tak to za piękną otoczką, kryje się… pustka. Ta książka to według mnie wydmuszka. Bardzo piękna, owszem, ale jednak wydmuszka. Z przykrością to mówię, ale ta powieść nie ma w sobie nic odkrywczego, nic zapadającego w pamięć, nic co wyniosłoby ją ponad przeciętność. Historia jest po prostu prosta (może nawet prostacka w pewnych momentach), miałam wrażenie, że momentami leciała po banałach. Oczywiście to nic złego, tak samo jak nie każdy ma ochotę w sobotę wieczór studiować „Wojnę i pokój” zamiast oglądać seriale na Comedy Central tak samo nie każdy oczekuje od dzieła pań Krenz i Bielak, że stanie w jednym szeregu ze światowymi klasykami.

Ja niestety oczekiwałam tego – dlatego poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko. Jestem pełna nadziei, że autorki objawią jeszcze swój talent, jeśli tylko znajdą pomysł na chociaż trochę ciekawszą historię. Polecam – nie polecam. Zależy czego szukacie.

Księżyc myśliwych. Katarzyna Krenz, Julita Bielak.
Gillian Flynn - autorka "Zaginionej dziewczyny" i kreatorka wybitnie toksycznych postaci zadebiutowała w 2006 roku książką "Ostre przedmioty". I to właśnie jej pierwsza powieść była często polecana w dyskusjach o psychologicznych thrillerach. Czy słusznie?


Camille, tytułowa bohaterka - reporterka, przyjeżdża do rodzinnej miejscowości, aby napisać reportaż o niewyjaśnionych morderstwach małych dziewczynek. Powrót do domu jest bolesny, okazuje się, że stare ramy schematów i stereotypów, w których wyrastała, po latach uwierają jeszcze mocniej. Tym bardziej, że jej osobiste relacje z rodziną są bardzo złe. W tym małomiasteczkowym klimacie gorącego Missouri Camille miota się ze szklanką czegoś mocniejszego w ręku od jednego wywiadu do drugiego. Gdzieś w tle tego wszystkie toczy się śledztwo. Gdzieś tu jest morderca.

Ostre przedmioty to książka pełna wyrazistych kobiecych charakterów. Mężczyźni w tej historii właściwie nie istnieją. Camille - typ pełen demonów, cała pokryta bliznami, niby dziennikarka, ale z gatunku tych nienajlepszych, co i raz pakująca się do czyjegoś łóżka (wybór przypadkowy). Na początku wydawało się, że odkrywanie tej postaci będzie intrygujące, lecz według mnie po jakimś czasie stało się po prostu irytujące. Osobiście nie jest dla mnie wiarygodna. Dalej Adora, matka Camille, matka-psychopatka chciałoby się powiedzieć. Jej postać była odrobinę bardziej przekonująca, lecz nie na tyle, żeby w nią "uwierzyć". Najwięcej zadatków na ciekawą osobowość miała Amma, młodsza siostra Camille. Typowa Quenn Bee, tyranka i dręczycielka, a jednocześnie zwichnięta psychicznie dziewczynka. Można by to było kupić, gdyby nie jej wiek... 13 lat.

Dużo jest w tej książce niepokoju, bardzo niesmacznych kawałków i jakiejś nieuchwytnej odrazy. Autorka wrzuciła do "Ostrych przedmiotów" właściwie wszystkie elementy thrillerów. I tak mamy: wielką rezydencję ze służbą, porcelanowe wanny, narkotyczne sny pomieszane z chorą rzeczywistością, przedsiębiorstwo przetwórstwa mięsnego i oczywiście ostre przedmioty. A jednak mimo wszystko ta książka jest płytka, nie porusza do głębi. Może dlatego, że trudno tu się z kimkolwiek identyfikować, albo dlatego, że amerykański styl życia jest tak różny od tego na Starym Kontynencie. Brak tu czegokolwiek oryginalnego. Zieje z niej jakaś taka pustka. Nie jest to ani dobry thriller, bo akcja nie trzyma bynajmniej w napięciu, ani dobra książka psychologiczna, bo postacie wyrysowane są zdecydowanie za grubą kreską (budowanie charakterów przez autorkę wyobrażam sobie tak: pani X - "jakaś tam osobowość" dodajmy jeszcze alkohol. Narkotyki. Szpital Psychiatryczny. Ojciec nieznany. Kompleksy. I jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej. Przecież ma być strasznie prawda? przesada!).

Po tak przeciętnym debiucie jestem tym bardziej zaskoczona jak bardzo udała się pani Flynn "Zaginiona dziewczyna". Raczej nie polecam.
                         
Ostre przedmioty. Gillian Flynn.
Jeśli nie czytaliście - od razu zamknijcie dzisiejszą notkę. Bo dziś pokusiłam się o interpretację.

"Życie Pi" to alegoryczna i pełna symboli książka autorstwa Yanna Martela. Autor to podróżnik, a właściwie wędrowiec. Mieszkał w wielu zakątkach świata, zajmował się różnymi rzeczami, od zmywania naczyń, po pracę w hospicjum. Można powiedzieć, że z niejednego pieca chleb jadł. "Próbował" też różnych religii - co ciekawe nie wyniósł ich z domu, bo wychował się w ateistycznej rodzinie, ale poznawał je w trakcie swoich licznych wypraw. Zaczęło się od hinduizmu.

Life of Pi

Podobnie zaczyna się życie bohatera powieści, o oryginalnym imieniu Piscine (od nazwy jakiegoś słynnego basenu w Europie). Chłopak jednak sam sobie nadaje imię Pi. Co prawda Pi nie podróżuje po całym świecie, bo jest tylko małym chłopcem, w małej miejscowości w Indiach. Ale już jako tak młoda osoba zaczyna poszukiwania Boga. "Z urodzenia" jest hindusem, ale przeżywa fascynację chrześcijaństwem i islamem. Właściwie wyznaje każdą z tych religii. Nie krępują go konwenanse, rytuały i dogmaty, dlatego nie widzi w tym żadnego antagonizmu. Jednak jego wiara zostaje wystawiona na próbę. Bo oto kiedy jego rodzina postanawia przenieść się do Kanady, statek którym płyną tonie. A że ojciec Pi był dyrektorem ZOO, razem ze statkiem i załogą na dno idą też najróżniejsze zwierzęta. Jednak nie wszystkie. Pi koniec końców trafia na szalupę. Z tygrysem bengalskim. Z hieną. I z orangutanem.

Książka opisuje jego ponad półroczną walkę o przeżycie na środku oceanu z tymi niesamowitymi współpasażerami. Pustka oceanu, sztormy, głód, strach - wszechogarniający i stale obecny. Aż można go wyczuć przez kartki książki. Powieść z miejsca przypomniała mi taki program "O krok od śmierci" emitowany dawno temu przez Discovery (chyba). Historia jest tak ekstremalna, że nie wierzymy, że mogła się wydarzyć naprawdę, żeby nieoczekiwanie... uwierzyć w nią. Dzieje się to właściwie nie-wiadomo-kiedy i nie-wiadomo-dlaczego. A kiedy na koniec historii przytoczona zostaje rozmowa Pi z Japończykami, którzy próbują ustalić co się wydarzyło i w trakcie tej wymiany zdań zostaje zasiane ziarno niepewności - nie było żadnych zwierząt w szalupie, to tylko ludzie doprowadzenie do granic wytrzymałości zaczęli się nawzajem zabijać, i wtedy nagle cała historia nabiera nowego wymiaru. Czy była tylko metaforą? Dlaczego chcemy wierzyć, że była prawdziwa?

Życie PiDopiero po zamknięciu książki zaczynają się pytania. "Życie Pi" jest reklamowane jako powieść "po przeczytaniu, której uwierzymy w Boga". Ja się nie zgadzam z tym, ale doceniam spryt w tym zagraniu. Bo będąc ukierunkowanym na "filozoficzny" odbiór historii, oprócz survivalowej relacji próbujemy dostrzec drugie dno. Ową metaforę, tak bardzo ukochaną przez właściwie wszystkie religie. To taka nauka o nas samych. Większość  z nas ma w sobie coś takiego, że pragnie w coś wierzyć. Potrzebujemy tego, żeby sobie poukładać zbyt skomplikowany świat. Może potrzebujemy tego, że przeżyć? Miałam wrażenie, że Pi wymyślając (?) historię o tygrysie, uratował swoją psychikę. Zapewne takie zjawisko w psychologii ma swoją nazwę, rozdziały w grubych książkach i liczne prace dyplomowe. Umysł ludzki jest niesamowity, że zdołał stworzyć taki system radzenia sobie z traumą. Pi mógł przeżyć tak makabryczne chwile, że żeby jakoś funkcjonować zamienił w swoich wspomnieniach ludzi w zwierzęta. Dziwne prawda?

I jest to wielka zaleta tej powieści - pozostawienie otwartego pola dla interpretacji. Czytałam różne komentarze, zarówno pod filmem jak i książką i zdumiewało mnie to, że każdy zauważał w niej coś innego. Jedni dyskutowali nad podejściem do religii, inni skupiali się na samej przygodzie, niektórzy szukali drugiego dna, a wyjątki widziały ich co najmniej kilka.

Jakkolwiek "Życie Pi" nie stanie się jedną z moich ulubionych lektur, doceniam to, że na pytanie o czym była ta książka nie ma jednej odpowiedzi.

A Wy jak myślicie, o czym jest?
                         
Życie Pi. Yann Martel.
Smaczny kąsek dla wielbicieli dobrych, psychologicznych powieści. Pozornie zapowiada się na zwyczajny thriller: ot, zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu. Kto spodziewa się pościgów, nagłych zwrotów akcji, zmartwychwstania siostry bliźniaczki, tudzież trupów w szafie (a może?) i innych tego typu szaleństw, niemal zawsze obecnych w dzisiejszych kryminałach, może czuć się zawiedziony. Za to wszyscy inni - docenicie wyrafinowanie tej książki.

Gone girl recenzja

Nie będę nakreślać Wam zarysu fabuły, bo mieści się w samym tytule - dziewczyna znika. Pierwszym podejrzanym staje się automatycznie mąż. Ale ta książka jest bardzo nieoczywista i w sumie nie chodzi w niej o samą zagadkę. To świetne studium toksycznych związków, szaleńczej miłości i prozy życia, która podstępnie kradnie żar uczuć zostawiając tylko puste miejsce na nudę. Amy i Nick, którzy na przemian są narratorami powieści opowiadają o sobie nawzajem. Z każdym kolejnym akapitem dorzucają trochę nowego do obrazu partnera, co sprawia, że obraz zmienia się d i a m e t r a l n i e.

Język jest bardzo przystępny, czyta się lekko. Tutaj gra prowadzona jest nie tylko między dwójką głównych bohaterów, ale zostaje w nią wciągnięty także czytelnik. Zabił czy nie zabił? Kim ona jest? Autorka bawi się z nami (albo nami) - czasami wydaje się, że rozgryźliśmy to wszystko, czasami wyłapujemy nieścisłości i myślimy: "o mam Cię!", żeby zaraz potem zorientować się, że to był blef, podwójny blef. Wyobrażam sobie, że niektórych może irytować takie granie na nosie. Mi się to bardzo podobało.

Całkiem ciekawe były także przemyślenie Amy lub Nicka dotyczące bardziej ogólnych tematów. Oczywiście skupiali się głównie na sobie, ale od czasu do czasu dawali się poznać jako cyniczni obserwatorzy współczesnego świata.
Jeśli ktoś nas zdradza, wiemy jakie słowa wypowiedzieć; gdy umiera ukochana osoba, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Jeśli chcemy odegrać ogiera, cwaniaczka albo głupka, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Wszyscy korzystamy z tego samego wyświechtanego scenariusza. W tych czasach bardzo trudno być osobą, po prostu prawdziwą, rzeczywistą osobą, a nie zbiorem cech charakteru wybranych z pojemnego automatu z charakterami.
Myślę, że im bardziej czytelnik będzie podzielać ich pokrętne spojrzenie na świat i związki, tym więcej będzie miał satysfakcji z lektury.

Dlatego ja polecam z czystym sercem. Jeśli macie ochotę obejrzyjcie również film (to od niego zaczęłam przygodę z tą historią). Jest naprawdę dobry!
                          
Zaginiona dziewczyna. Gillian Flynn.

Tak, tak, gdybym prowadziła ranking książek, które doprowadziły mnie do granic zirytowania "Sprzysiężenie osłów" wygrałoby bezkonkurencyjnie. Denerwujący był główny bohater - Ignacy. Tłusty, przemądrzały obibok, który żyje na utrzymaniu matki. Absurdalny był humor, który zamiast śmiechu powodował u mnie jedynie grymas na twarzy. Groteskowa akcja, język naszpikowany dialektem nowoorleańskim, pomieszanie z poplątaniem.


"Sprzysiężenie osłów" (lub "Sprzysiężenie głupców" w zależności od wydania) opowiada historię w zamiarze śmieszną. Bo i oto jesteśmy świadkami kolejnych katastrof w życiu Ignacego: jego prób znalezienia pracy lub zorganizowania partii politycznej z miejscowej bohemy. Zamiar może i słuszny, bo zdarzenia i osoby są rzeczywiście niedorzeczne. Ale każdy kto zobaczy chociaż cień rzeczywistości w tej przerysowanej historii będzie się bawił zdecydowanie mniej lub wcale. Pod etykietką "komedii" kryje się prawdziwy dramat. Dlatego lektura "Sprzysiężenia osłów" nie była dla mnie odprężającą rozrywką.

Zrozumcie mnie dobrze, to niezła książka. Związana jest z nią smutna historia - jej autor John Kennedy Toole popełnił samobójstwo po tym jak wydawnictwo nie zgodziło się wydać jego "Sprzysiężenia osłów". Wiedząc o tym, inaczej się ją odbiera. To zdarzenie kładzie się cieniem na całą opowieść. Autor miał duży potencjał, nawet sądząc tylko po tym jednym tytule. Jednakże nawet świetna historia wypełniona samymi antypatycznymi postaciami nie wzbudzi sympatii.

W tej książce było tyle goryczy, wewnętrznej pustki, głupoty! absurdu i bezmyślności, że wymęczyła mnie bardzo. Dlatego choć doceniam kunszt pisarski pana Toole, to jednak nie mogę jej ocenić na więcej niż 5/10. Nie poleciłabym również nikomu. Jedynym plusem było dla mnie zakończenie - cieszę się, że nie odpuściłam sobie w połowie (a chciałam).
                                         
Sprzysiężenie osłów. John Kennedy Toole.

Co to za książka! Ach co za hipnotyzująca opowieść! "Tajemna historia" Donny Tartt jest nie tylko tajemnicza, ale i dziwnie mroczna. Trudno o niej przestać myśleć. Specjalnie odłożyłam napisanie opinii o niej o kilka dni żeby ochłonąć. Bo jest po czym.

The Secret History

"Tajemna historia" opowiada o szóstce studentów filologii klasycznej amerykańskiego college'u. Beztroskie życie, trochę imprez, trochę inspirujących dyskusji na zajęciach z greki, wszystko w oparach drogiego alkoholu, czasem w narkotycznym śnie. Jakie zwykłe i niezwykłe ścieżki sprawią, że Ci zmanierowani, ale w gruncie rzeczy dobrzy ludzie pewnego dnia zamordują kolegę?

Donna Tartt napisała książkę niezwykłą, która uwodzi czytelnika i manipuluje nim. Wykreowała postacie bardzo wyraziste o których zdajemy się wiedzieć lub domyślać wszystkiego, a jednak najważniejsze nam umyka. Możemy tu obserwować jak znika pojęcie odpowiedzialności, gdy mamy do czynienia z grupą, zwłaszcza tak elitarną grupą. Małe upokorzenia, drobne okrucieństwa, osobiste demony, wszechogarniający strach - to wszystko sprawia, że sami zaczynamy usprawiedliwiać naszych bohaterów, aby za chwilę ich potępiać. Ta huśtawka trwa właściwie przez całą powieść sprawiając, że po zakończeniu może kręcić się w głowie.

Ktoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że każdy detal przedstawiony w książce prędzej czy później stanie się istotny dla przebiegu fabuły zdziwi się. W "Tajemnej historii" wiele jest ślepych uliczek i szczegółów pozornie bez znaczenia. Według mnie ten zabieg jest świetny, bo imituje "chaos życia". Mimo, że kompozycja jest w gruncie rzeczy zamknięta, to jednak zakończenie pozostawia więcej pytań niż daje odpowiedzi.

Sama psychologia zbrodni i tego co dzieje się później to istny majstersztyk. Widać tu zarówno brak kręgosłupa moralnego, przepych i blichtr niczym z "Wielkiego Gatsby'ego" jak i genezę konfliktów w zamkniętej grupie z "Władcy much". Wszystko w duszącej, pełnej lęku atmosferze "Jądra ciemności". Dodałabym jeszcze wewnętrzną walkę z samym sobą i męki dojrzewania z "Buszującego w zbożu" i oczywiście rozterki mordercy ze "Zbrodni i kary". Z takiej mieszanki musiała powstać znakomita książka.

Jedyną niedogodnością był brak tłumaczeń sentencji łacińskich, greckich czy francuskich, których używali bohaterowie. Raziło to tym bardziej, że często pełniły funkcję puenty lub było w inny sposób istotne. Za to minus. Nie każdy ma czas i ochotę co chwilę sprawdzać coś w Internecie.

Czy polecam Wam "Tajemną historię"? Tak, ale ostrzegam, to nie jest lekkostrawna, wesoła książeczka. Jest skomplikowana i wielowarstwowa, więc domyślam się, że nie każdemu przypadnie do gustu. Jednakże warto, naprawdę warto, zwłaszcza jeśli lubicie psychologiczne powieści.
                             
Tajemna historia. Donna Tartt.
Wyobrażaliście sobie kiedyś świat, w którym wszyscy byliby szczęśliwi? Świat, w którym nie ma chorób, starość została wyeliminowana i wszyscy wciąż wyglądają na 30 lat? Społeczeństwo, które nie toczy żadnych wojen? Gdzie każdy pracuje według swoich predyspozycji? Gdzie nikt nie jest samotny, bo "każdy jest dla każdego"? A ceną jest zaledwie brak nikomu i tak niepotrzebnej sztuki, rodziny i indywidualizmu. Drobiazg? Okazuje się, że tak, bo 99,9% tego utopijnego społeczeństwa jest naprawdę szczęśliwa.

Źródło
Huxley opisał swoja wizję "Nowego wspaniałego świata" 80 lat temu, ale mógł równie dobrze zrobić to 8 miesięcy temu i nikt by się nie zorientował. Zaprojektował ową rzeczywistość szczegółowo i zrobił to w sposób bardzo przemyślany. Oprócz wyżej wymienionych elementów, należy dodać jeszcze, że w społeczeństwie przyszłości ludzie powstają z próbówek (kto by się trudził rodzeniem dzieci). Każdy już w życiu płodowym jest przypisywany do odpowiedniej kasty - alfa, beta, gamma, epsilon. Bo w nowym, wspaniałym świecie mit o powszechnej równości już dawno został obalony (a przecież Huxley tworzył w czasach rozkwitu komunizmu). Jednak to, że jakaś osoba została zakwalifikowana do epsilonów, czyli najniższej warstwy społecznej, wcale jej nie przeszkadza. Przecież została uwarunkowana na to. Zna tylko dobre strony swojej sytuacji i nie pragnie zmian. A jeśli nawet kogokolwiek naszłyby jakieś wątpliwości zawsze może zażyć somę, narkotyk, który wymazuje wszelkie złe myśli. Świat totalny.

Huxley stworzył książkę, która jest świetna, bo można o niej dyskutować. Z jednej strony, wizja zaspokojenia wszystkich potrzeb w zamian "tylko" za wolność jest dla jednych kusząca. Z drugiej, każe się zastanowić czym tak naprawdę jest owa wolność. I czy zmanipulowane, non stop znajdujące się w narkotycznym śnie społeczeństwo jest naprawdę szczęśliwe. A ile w niej można znaleźć proroczych wizji? Odniesień do współczesnego świata? Ale nie chcę psuć lektury, więc więcej nie zdradzę.

"Nowy wspaniały świat" znajduje się obok "Roku 1984" i "Folwarku zwierzęcego" Orwella w kanonie gatunku. Trudno powiedzieć, który świat jest bardziej przerażający. Myślę, że każdy zainteresowany tą tematyką musi prędzej czy później sięgnąć po tę pozycję.

A Wy, co sądzicie o utopiach i antyutopiach? Czytacie takie książki?

                                        
Nowy wspaniały świat. Aldous Huxley.
Ach, ile emocji zawiera w sobie ta kilkudziesięciostronicowa książeczka. Ile obrzydzenia, zdumienia, fascynacji i myśli kłębi się przez nią w głowie. Jeśli jeszcze przygotujecie swoje umysły na lekturę Czarodzieja, zapoznacie się z tematem i opiniami to chyba delikatniej przeżyjecie pierwszy szok, jaki Was spotka (a spotka na pewno). Ja sięgnęłam po tę książkę będąc całkowicie „zielona”. Możecie sobie wyobrazić jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się co to za historia…

Historia starszego pana, który pożądliwym okiem spogląda…

Czarodziej

Na małą dziewczynkę. Tak, tak i oto mamy – drzwi otwarte do umysłu pedofila. Jeszcze możecie uciekać, ale z każdym zdaniem będzie to coraz trudniejsze. W Czarodzieju Nabokov czaruje słowem, oplata niczym pająk swą siecią. Snuje fantazje, plany. Podążamy za nim krok w krok. Istny majstersztyk.

Ja miałam to szczęście, że czytałam Czarodzieja przed Lolitą, dlatego w trakcie czytania byłam wolna od porównań z tamtym dziełem. A nawet teraz, po latach i tak skłaniam się ku przyznaniu prymu Czarodziejowi. Nawet jeśli to tylko efekt pierwszeństwa.

Generalnie opowieść jest tak kontrowersyjna, że po prostu trzeba ją znać.
                                                                                 
Czarodziej. Vladimir Nabokov.
Trudno pisać o takich kultowych pozycjach, bo chyba wszystko już o nich zostało napisane. Ale spróbuję.


Buszujący w zbożu. Literatura amerykańska, lata 50. Zapewne wydźwięk tej książki trochę się zmienił przez te 65 lat. Ale od początku, o czym ona jest? To kawałek z życia Holdena, nastolatka, który zostaje wyrzucony ze szkoły. Kilka dni błąka się po NY. Przyglądamy się jego myślom, kolejnym zmianom decyzji, podejściu do świata, kobiet, rodziny, nauczycieli. Akcja nie jest może najciekawsza, bo tu nie o samą fabułę chodzi. Ważniejsze jest studium psychologii nastolatka, ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Wiele osób negatywnie ocenią tę książkę w konsekwencji negatywnej oceny głównego bohatera. Nie jest zbyt sympatyczny, zdaje się być trochę próżny i jakiś taki pozornie płytki. Pozornie, bo z czasem odkrywamy jak dramatycznych wydarzeń był świadkiem (śmierć kolegi), lub uczestnikiem (zawoalowany sygnał, że jeden z jego nauczycieli ma skłonności pedofilskie?). Dla równowagi jeden element z jego osobowości zrobił na mnie wrażenie. To, że brzydzi się obłudą, sztucznością. To jest właśnie to, co często tracimy dorastając, taką alergię na hipokryzję.


Bo buszujący w zbożu to lektura o nietrwałej i ulotnej młodości. W monologu myśli Holdena każdy może odnaleźć echo swoich własnych myśli. Może ukrywają się między wierszami? Ale można też nie odnaleźć niczego.

Wydaje mi się, że Salinger napisał książkę, która może być arcydziełem, a może być też zwykłym przeciętniakiem, w zależności od tego co kto chce w niej znaleźć.
                                                                             
Buszujący w zbożu. J. D. Salinger