Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prawdziwe wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci.

Scott Carney stąpa po niepewnym gruncie zbrukanych krwią i nie tylko nieetycznych praktyk, które po drugiej stronie świata są właściwie powszechne. Gdy bogaci pacjenci europejskich i amerykańskich szpitali z niecierpliwością oczekują w długich kolejkach na przeszczep, w Indiach biedna kobiecina, która nie ma czym nakarmić swoich dzieci, sprzedaje swoją nerkę za kilkaset dolarów. I żałuje, że może sprzedać tylko jedną. Zagmatwana plątanina pośredników, niejasne regulacje prawne, korupcja i za oceanem ta sama nerka osiąga wartość kilkuset tysięcy dolarów. Czego się nie robi żeby nie umrzeć. Czego się nie robi żeby przeżyć.
Scott Carney opinia

Czerwony rynek to jednak nie tylko organy. Towarem może być wszystko - wykopany szkielet czyjejś babci, bo przecież największe uniwersytety świata muszą jakoś uczyć studentów. A co jest lepszego od prawdziwych kości? Opuszczone (a tak naprawdę porwane) dzieci z biednych dzielnic azjatyckich miast. A jeśli jakaś para nalega na dziecko z ich własnym zestawem genów to towarem staje się nawet czyjaś macica. Organy, kości, dzieci, krew, nawet zwykłe włosy. Okazuje się, że w dzisiejszym świecie wszystko jest na sprzedaż. Jeśli tylko znajdzie się ktoś, kto jest w stanie wyłożyć wystarczająco ładną sumkę, wtedy na pewno znajdzie się też ktoś, kto choćby i spod ziemi (!) wyciągnie to, co jest konieczne.

Martwe ciało dzieli od żywego bardzo cienka, niemal niedostrzegalna granica. Problem z umieraniem polega na tym, że kiedy już ta linia zostanie przekroczona, zmieniają się wszystkie zasady obcowania z fizyczną obecnością danej osoby.

Carney maluje te czerwone, brudne i mroczne obrazy precyzyjnie i z wprawą. Szokuje, to pewne. Na pewno też zostawia miejsce na pytania: "dlaczego tak się dzieje, dlaczego to wszystko jest możliwe?" A przede wszystkim odkrywa hipokryzję naszego świata - przymykanie oczu, patrzenie przez palce, żądzę pieniądza. Sporo miejsca w książce poświęcone jest rozważaniom nad powodami, dla których proces od dawcy do biorcy jest prawie w całości utajniony. Jakie argumenty przytaczają lekarze, żeby nie informować biorców krwi czy narządów od kogo dostali życie.

Książka jest bardzo ciekawa, chociaż podświadomie czuć, że nie cały potencjał tematu został wykorzystany. Niektóre rozdziały potraktowane są trochę zbyt pobieżnie. Inne niepotrzebnie rozciągnięte (niektóre frazy powtarzają się nawet po kilka razy). Jednak te niedociągnięcia, głównie natury warsztatowej, raczej nie wpływają na ocenę całości. Jeśli lubicie dobre reportaże, albo zajmujecie się medycyną - polecam.
                                   
Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci. Scott Carney.

Czasem zapominam o tym jak wielki jest świat. Wiecie, mam wrażenie, że wszystko co ważne dzieje się tu i teraz. Moją sceną jest moje miasto (moje miasta chciałabym powiedzieć), czasem rozszerzam ją przy istotnych wydarzeniach, czasem (zdecydowanie za rzadko!) podróże otwierają mi oczy i widzę coś i n n e g o. Ale tak jak mówię, centrum mojego wszechświat jest tutaj, w Polsce. Dlatego, tak ekscytujące jest p o z n a w a n i e czegoś nowego. Przeczytałam ostatnio naprawdę interesującą książkę - "Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie". I powiem Wam, warto!


Tak jak napisałam, mój ograniczony świat niezbyt chłonnie przyjmuje zalew informacji, z których większość jest negatywna, a pozostała część naciągana. Nie mam telewizji, czytam tylko wiadomości ekonomiczne i kulturalne, więc z jednej strony spokojniej mi się żyje, z drugiej zostaję zaskoczona wydarzeniami dla większości oczywistymi.

O Kurdach wiedziałam tylko tyle, że mają coś wspólnego z Bliskim Wschodem, a to "coś" było bardzo nieokreślone. Sformułowanie Chemiczny Ali nie mówiło mi nic. Na temat sytuacji politycznej Iraku czy Iranu nie wiedziałam nic popartego faktami. Słabo, wiem.

Dlatego kiedy zupełnie przypadkiem wpadła w moje ręce książka o Kurdach, nie spodziewałam się niczego specjalnego. A tu niespodzianka. Nie dość, że historia tego narodu jest ciekawa (bardzo krwawa, ale też budząca podziw), to jeszcze opowiedziana w przystępny sposób. Bohaterami kolejnych rozdziałów, które są osobnymi historiami są najróżniejsi ludzi, co zwłaszcza w literaturze faktu jest potrzebne, bo pozwala na bardziej obiektywne spojrzenie. I tak, opisane jest podejście Kurdów do islamu, poszukiwane są przyczyny ich wyobcowania w Iraku, Iranie czy Turcji, przybliżone zostają makabryczne karty ich historii, zarówno takie, w której byli ofiarami, ale też te, w której stawali się bratobójcami. Rozważania o przyszłości Kurdów, marzenia o niepodległości... Naprawdę jest co czytać.

Nie chcę dużo pisać, żeby zbyt wiele nie zdradzać. Po prostu - przeczytajcie : )
                                       
Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie. Paweł Smoleński.
Szaleństwo, prawdziwe szaleństwo zdolne jest przebić pięścią mur.
Tym cytatem Terry'ego Pratchetta zaczyna się zbiór opowiadań o Berlinie. Traktują one o podziale miasta nie tylko w formie fizycznej - o murze przecinającym Berlin na pół; o murze dzielącym Europę na Wschodnią i Zachodnią. Mówią o murze między ludźmi, o tym czy naprawdę istniał i czy rzeczywiście upadł.

Berlin, podobnie jak całe Niemcy, został podzielony po II wojnie światowej na 4 strefy kontrolowane przez USA, Francję, ZSRR i Wielką Brytanię. Powoli zaczynała się zimna wojna. Sojusz powstały na potrzeby walki z Hitlerem zaczynał się rozpadać, a antagonizmy między Wschodem, a Zachodem zaczynały być coraz bardziej widoczne. Jednak to nie historia o państwach i "wielkich" tego świata, dla których mur był tylko kreską na mapie, jednym z elementów skomplikowanej gry politycznej. "12 kawałków o Berlinie" opowiada o zwykłych ludziach, którym zagrodzono drogę z pracy do domu. Zabrano ogród. Uniemożliwiono spotkania z narzeczoną. Historia zawsze jest najbardziej niezwykła właśnie w takich wspomnieniach.

Czytając tę książkę myślałam o tym, że każdy kraj ma swój niewidzialny, wewnętrzny mur. Jest w spojrzeniach ludzi, którzy patrzą na innych - tych mających inny odcień skóry i modlących się do innego Boga albo wyznających inne poglądy. Wszędzie tam, gdzie słowo "różnice" równoznaczne jest z "niebezpieczne". Trudne są te dzisiejsze mury, a przecież powstały z tych samych powodów co berliński. Ciężej je obalić, skoro istnieją tylko w głowach.

Wracając do samej książki - duże wrażenie na mnie zrobił także... wiek autorów. Są niewiele starsi ode mnie, a oprócz tego, że piszą bardzo dobrze, to jeszcze zdają się podchodzić bardzo dojrzale do tematu. Punkt dla pokolenia 80, 90.

Ozdobą reportaży są fotografie pokazujące "blizny" - te miejsca w Berlinie, które jeszcze nie tak dawno dźwigały na swych barkach kawałki muru. Dzisiaj tylko wprawne oko dostrzeże, że nie są to zwykle skwerki i cudze płoty. Szkoda jedynie, że nie dotyczą stricte opisywanych miejsc.

Jednym słowem polecam. Nie tylko tym, którzy lubią Berlin.
                                   
Mur. 12 kawałków o Berlinie. pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej
Pasja to dziwna sprawa. Zupełnie nieoczekiwanie potrafi spaść na człowieka i złapać. A trzyma! Nie ogląda się na żadne zakazy i nakazy, nie patrzy czy to użyteczne, opłacalne ani czy się przyda. Pasje już chyba takie są. Przychodzą nagle, czasami odchodzą, z niektórych po prostu wyrastamy. Zdarza się, że wywracają życie do góry nogami, ale zdecydowana większość jest w wersji light i objawia się po prostu pozytywnym zainteresowaniem danym tematem.

Sztuka dla początkujących

Ja lubię sztukę. Nie tworzyć, a podziwiać. Wiecie - przedziwne, absurdalne obrazy surrealistyczne albo pełne słońca dzieła impresjonistów. Fascynują mnie najnowocześniejsze szklane wieżowce. Zachwyca mnie street art. Widzę piękno na kartkach z empika, albo na pościeli z IKEA. A jednak nie uważam się absolutnie za żadnego znawcę sztuki! Bo i skąd miałabym wiedzieć cokolwiek więcej od zwykłego zjadacza chleba. Więcej, uważam, że to nawet nie jest potrzebne. Przecież nie trzeba wcale wiedzieć jak i dlaczego powstaje tęcza, żeby czuć radość widząc ją. Jednak-zawsze-fajnie-wiedzieć. No i okazuje się, że wielu artystów wiodło tak zadziwiające życie, że ich obrazy wydają się jeszcze ciekawsze. Dlatego po latach prostego kontemplowania piękna obrazów postanowiłam się teraz co nie co o nich dowiedzieć.

Gawędy o sztuce Bożeny Fabiani to coś, co na pewno Wam się spodoba, jeśli tak jak ja jesteście wrażliwi na sztukę i moglibyście oglądać obrazy godzinami. Baa a jeszcze o nich słuchać! Bożena Fabiani opowiada lekko i bardzo zajmująco, zupełnie jakby zwykła popijać herbatkę w niedzielne popołudnia z Caravaggiem czy Rubensem. Chwilę poświęca na życie prywatne malarzy, sporo opowiada na temat ich najważniejszych obrazów, wszystko to w naprawdę przyjemny sposób. Polecam Wam zwłaszcza audiobooki, bo autorka ma dobry głos.

Bożena Fabiani napisała cały cykl gawęd. Są to:
1. "Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV - XVI"
2. "Gawędy o sztuce. XIII - XV wiek"
3. "Dalsze gawędy o sztuce. XVII wiek"
4. "Dalsze gawędy o sztuce. VI - XX wiek"

A ostatnio również "Gawędy o sztuce sakralnej". Ja zaczęłam swoją przygodę z jej twórczością od środka, bo od "Dalszych gawęd o sztuce. XVII wiek". I powiem Wam, jestem naprawdę zadowolona, że sięgnęłam po tę książkę. Każdy artysta ma poświęcony sobie rozdział, który w audiobooku trwa około pół godziny (idealnie dla nie mających czasu). W tej części poznajemy bliżej m.in. Vermeera i Rembrandta, wspomnianych wcześniej Rubensa i Caravaggia, a także pierwszą znaną kobietę - malarkę Artemisię Gentileschi. "Poznajemy" to dobre słowo, bo gawędy nie zawierają suchych i bezpłciowych faktów, a prawdziwe ciekawostki z życia tych wybitnych twórców. Dziś w erze mass mediów, facebooka i ekshibicjonizmu z własnej nieprzymuszonej woli nie stanowi problemu, żeby dowiedzieć się dowolnych i czasami bardzo osobistych rzeczy o kimkolwiek. Ale w XVII wieku? Dlatego ilość pracy jaka została włożona, aby wyciągnąć z mroków przeszłości biografie artystów budzi podziw.

Więc jeszcze raz polecam Wam z całego serca "Dalsze gawędy o sztuce. Wiek XVII" oraz całą serię. Jeśli martwicie się, że przytłoczą Was trudne nazwy lub zawiłe historie - spokojnie - gawędy są dla każdego, a zwłaszcza dla początkujących.
                                        
Dalsze gawędy o sztuce. XVII wiek. Bożena Fabiani. 






Kraje ogarnięte wojną to chyba ostatnie miejsca na ziemi, gdzie ktokolwiek chciałby się znaleźć. Krew, spadające bomby, ruiny, wszechobecny strach... śmierć. Śmierć, która jest zawsze obok, zawsze o krok. Nie muszę więcej mówić, nie potrzeba. Każdy od wojen ucieka. Są jednak ludzie, którzy na wieść o jakimś konflikcie pakują się i przylatują pierwszym samolotem. Nie tylko Ci, którzy w rubryce zawód mają wpisane żołnierz, nie tylko Lekarze bez Granic, nie tylko wszelkiego rodzaju wolontariusze. Korespondenci wojenni przyjeżdżają i pracują w najniebezpieczniejszych miejscach świata, żeby typowa polska rodzinka między poranną kawką, a ciasteczkiem zobaczyła 30 - sekundową relację z takiego Bliskiego Wschodu na przykład.

Źródło: flickr
Co reporterzy myślą o swojej pracy? Czy widzą w niej misję czy to dla nich "tylko praca"? Jak to jest kręcić relację ze zbombardowanej szkoły? Jak dziennikarze radzą sobie z emocjami? Co myślą o sobie nawzajem? Co o wielkich tego świata, którzy te wojny rozpętują i milionach maluczkich, którzy na niej umierają?

Dorota Kowalska Wojciech Rogacin
Na te i inne pytania próbuje odpowiedzieć książka "Korespondenci.pl". Zawiera głównie wywiady, ale i wspomnienia oraz różnej formy opisy oraz zdjęcia, których bohaterami są czołowi polscy reporterzy wojenni. Sami dziennikarze mówią o sobie, że wojnę podglądają przez dziurkę od klucza. Czytelnicy natomiast przez taką samą dziurkę podglądają ich w pracy. Bo oczywiście samemu rzemiosłu reporterskiemu bohaterowie książki poświęcają sporo czasu i miejsca w swoich wspomnieniach. Nie ma w niej na szczęście taniej sensacji, żadnego breaking news, nic z tych rzeczy. Jest za to wiele na temat wiz, pieniędzy, problemów z łącznością. Proza życia w zniszczonych krajach. Niektórzy śmiało i dosadnie wyrażają swoje poglądy, niektórzy mają w sobie więcej rezerwy. Na uwagę zasługują zwłaszcza wywiady z Jackiem Czarneckim i Piotrem Góreckim. Inni wypadają przy nich odrobinę gorzej. Czasami można wyczuć w niektórych wypowiedziach charakterystyczną dla radia i telewizji manierę. Delikatną, bo delikatną, ale jednak zauważalną (przynajmniej dla mnie). Wiecie, aż dziwicie się, że nikt nie dodał na koniec "dla programu pierwszego mówił dla państwa...".  

Jak jednym słowem określić tę książkę? Gorzka. To pierwsze co przychodzi do głowy na myśl o całym bezsensie wojen widzianych przez obiektyw kamery. Sporo w niej refleksji, sporo przemyśleń. Nie jest to lektura lekka, ale nie jest również przesadnie ciężka. Trudno nawet powiedzieć, żeby była odkrywcza. Dziennikarze opowiadają o wielu zabawnych (albo przynajmniej w ich przekonaniu zabawnych) sytuacjach. Czasami posiłkują się także niewybrednym słownictwem. Myślę, że "Korespondenci.pl" to książka przede wszystkim dla zainteresowanych aktualnymi problemami świata. Wtedy może się spodobać. Dla mnie całkiem dobre 6/10.

A Wy co myślicie o takim dziennikarstwie do zadań specjalnych?
                                 
Korespondenci.pl. Dorota Kowalska, Wojciech Rogacin.
Na początek wytłumaczę Wam dlaczego sięgnęłam po książkę "Aktorki. Spotkania" Maciejewskiego. To nie takie oczywiste. Większość z opisywanych pań znam tylko ze słyszenia, niewiele widziałam filmów z ich udziałem. Zwykle ich artystyczny rozkwit przypadał na czas, kiedy w najlepszym razie byłam dzieckiem (albo w ogóle mnie nie było). Rzadko oglądam "stare" filmy, jeszcze do tego polskie. Rzadko (niestety) bywam w teatrze. Naprawdę nie znam się na kinematografii. Krytyk byłby ze mnie żaden : ) Dlatego lektura "Aktorek" była dla mnie zupełnie nowym smakiem. Zostawieniem wszystkich znanych światów i spojrzeniem w coś odmiennego.


Maciejewski zaaranżował czytelnikom spotkania z samymi ikonami teatru i kina. I oto przed państwem:

Ewa Błaszczyk
Teresa Budzisz - Krzyżanowska
Stanisława Celińska
Anna Dymna
Krystyna Feldman
Barbara Krafftówna
Irena Kwiatkowska
Marta Lipińska
Danuta Stenka
Beata Tyszkiewicz
Ewa Wiśniewska

(jest też wersja bogatsza, z biografiami 20 aktorek zamiast 11)

Każdej z pań poświęcony jest osobny rozdział opatrzony fotografią. Autor zwykle oddaje głos artystkom, niekiedy przytacza więcej faktów z ich życia, czasami pozwala sobie na własne komentarze. Rozmowy toczą się przede wszystkim o życiu zawodowym. I to jest naprawdę piękne w tej książce. Można prawie zajrzeć do garderoby, przysłuchać się próbom przed spektaklami, podejrzeć jak rodzi się każda rola. To niesamowite jak bardzo aktorstwo, ale takie prawdziwe aktorstwo, jest pracą. Czytanie tej książki przypominało mi trochę zwiedzanie Teatru Słowackiego w Krakowie, gdzie poza efektem końcowym czyli sceną można było zobaczyć garderoby, szafy z rekwizytami, konstrukcję kurtyny i pomieszczenia pod sceną. Wszystko takie egzotyczne dla przeciętnego widza i takie codzienne dla pracujących tam aktorów.


Ponadto, "Aktorki" to także historie o kobietach. Naprawdę zwykłych kobietach. Takich, które wiecie, pieką ciasta, opowiadają o swoim ogródku, wyrażają dumę z dzieci. Wszystko subtelne, nienachalne, bez szukania taniej sensacji. "Gwiazdy", które z gwiazdorzeniem nie mają nic wspólnego (jakże inaczej od niektórych celebrytek).

Szczerze mówiąc jestem zauroczona książką pana Maciejewskiego oraz jej bohaterkami. Aktorki inspirują swoim podejściem do pracy, skromnością i ciągłym dążeniem do warsztatowej doskonałości. Polecam wszystkim, zarówno zainteresowanym tematyką kina i teatru oraz osobom takim jak ja. Świetny pomysł na prezent!

                               
Aktorki. Spotkania.
Łukasz Maciejewski.
Pewnie większość z Was była, będzie lub przynajmniej zna kogoś kto był w Wielkiej Brytanii. Mimo, że to drugi kraniec Europy, dzięki Rynair czy EasyJet łatwiej się tam dostać niż do takich Kielc na przykład. Co takiego jest w Zjednoczonym Królestwie, że odwiedzamy je nie tylko z powodu pogoni za "european dream" z funtami w roli głównej?

Zapiski z małej wyspy

"Zapiski z małej wyspy" to subiektywne spojrzenie na Wielką Brytanię i Brytyjczyków oczami Amerykanina. Bill Bryson opisuje swoje przeżycia i obserwacje z dużą dozą humoru (iście angielskiego). Serio, często mówiąc, że coś jest zabawne mówimy tak trochę na wyrost, nawet nie zmieniając mimiki twarzy. W tym wypadku, przynajmniej ja uśmiechałam się i śmiałam naprawdę.

Bo nagle okazuje się, że Brytyjczycy mówią językiem zupełnie niepodobnym do angielskiego (amerykańskiego), nie mówiąc już o Walijczykach (którzy mówią tylko wrgll grlyy look man). Mają mnóstwo fantazji w wymyślaniu lokalnych nazw, ale zupełnie nie są w stanie użyć wyobraźni konstruując rozkłady jazdy. Mają niezrozumiały dla reszty świata sentyment do rodziny królewskiej i najlepszych na świecie londyńskich taksówkarzy.


Cała książka jest rzeczywiście zbiorem zapisków, z grubsza tylko połączonych motywem podróży po Wielkiej Brytanii. To spostrzeżenia o kulturze brytyjskiej, kuchni, zmianach architektonicznych w wielkich miastach i przede wszystkim o zwykłych ludziach.

"Zapiski z małej wyspy" bardzo przypadły mi do gustu. Dzięki lekkiemu, nienachalnemu humorowi, samej tematyce i chyba po prostu dlatego, że ciekawie się czyta o miejscach niby nie egzotycznych, ale zawsze trochę innych niż własne podwórko. Myślę, że sięgnę również po inną książkę tego autora, mianowicie "Zapiski z wielkiego kraju". Tym razem o USA. Jak wygląda to supermocarstwo od środka? Mam nadzieję, że niedługo się przekonam.

A Wy, skusicie się na trochę brytyjskości w amerykańskim wydaniu?
                                              
Zapiski z małej wyspy. Bill Bryson.
Rzadko zdarza mi się sięgać po książki o II wojnie światowej. To bardzo trudne i wymagające od czytelnika tematy. Potrzeba do nich wiedzy, a z tą w trzecim pokoleniu po wojnie bywa różnie. Owszem, uczyliśmy się trochę na historii o Holokauście, obozach koncentracyjnych, AK, Żydach, getcie, powstaniu warszawskim. Później, analizując te same wydarzenia z różnych stron, dochodziliśmy do wniosku, że tyle jest prawd, ilu jest ludzi. A na wojnie nie ma wygranych, bo każdy tam przegrywa. Po co czytać takie książki? Po co się interesować tamtymi czasami, tamtymi ludźmi? Cytując główną bohaterkę:
Moim marzeniem jest, aby pamięć stała się ostrzeżeniem dla świata. Oby nigdy nie powtórzył się podobny dramat ludzkości.
Dla tych, którzy nigdy nie słyszeli o Irenie Sendlerowej - była ona głównym trybem w machinie, która uratowała ok. 2500 dzieci i dorosłych Żydów z warszawskiego getta. Organizowała ich ucieczkę, załatwiała właściwe papiery, przemycała do kolejnych mieszkań i rodzin. W czasie kiedy za podanie szklanki wody Żydowi groziła śmierć. Już te kilka zdań mrozi krew w żyłach. O dziwo, osoba Ireny Sendlerowej stała się znana współczesnemu światu za sprawą kilku amerykańskich uczennic, które zainteresowały się jej życiorysem. Powstała o niej książka, film, została uhonorowana wieloma nagrodami, była nominowana nawet do pokojowej Nagrody Nobla.

Źródło
Sama pani Irena powiedziała, że nie rozmawia o wojnie z osobami, które jej nie doświadczyły. Widać, że wspomnienia sporo ją kosztują. W książce bardzo wiele miejsca jest poświęcone współpracownikom, ciągle wymieniane są kolejne osoby, bez których wyprowadzanie dzieci z getta byłoby niemożliwe. Dlatego trudno ocenić książkę. Jest ona przede wszystkim dokumentem. Gąszcz nazwisk, miejsc, zdarzeń - wszystko to, aby o nikim nie zapomnieć. Wyobrażam sobie, jak ważne musiało być dla pani Ireny opublikowanie każdej znanej jej cząstki sieci ratującej Żydów.

Jednak dla zwykłych czytelników, takich jak ja, wprowadza to zamęt. Bo przecież najlepiej oddziałują na nas emocjonalne, plastyczne opisy, nie suche fakty. Dla przykładu, przytoczę Wam moje wspomnienie sprzed dobrych kilku lat związane ze zwiedzaniem Muzeum Powstania Warszawskiego. Spędziliśmy tam cały dzień. Przewodnik przekazywał dużo informacji (większość pewnie bardzo wstrząsających), a jednak największe wrażenie zrobiły na nas kanały. W muzeum jest taki kilkunastometrowy odcinek, mający obrazować, jak wyglądało ukrywanie się Warszawiaków w kanałach. Przewodnik najpierw o nich opowiedział, a później zapytał, kto jest chętny przejść się po nich. Oczywiście cała klasa musiała spróbować i po kolei przeciskaliśmy się przez te wąskie i niskie kanały. Gdy wyszliśmy, przewodnik zgasił w nich światło i powiedział "a teraz zobaczcie jak to było naprawdę". Po ciemku, wśród dosłownie dwóch rozgałęzień czy skrzyżowań już nikt z klasy nie czuł się tak pewnie. Posłuchaliśmy później jeszcze o tym, że uciekinierom towarzyszył stale strach, szczury, chłód. Pamiętam to do dziś, choć minęło już wiele lat od tego wydarzenia.

Dlatego czym innym jest dla mnie opinia o samej historii Ireny Sendlerowej - która niewątpliwa była bohaterką, a w istnym piekle zachowała człowieczeństwo i niosła niezmordowanie pomoc potrzebującym, a czym innym ocena książki. Mam nadzieję, że opowieść o niej doczeka się kiedyś bardziej "fabularnej wersji".

A Wy, znacie historię Ireny Sendlerowej? Jak myślicie, jaka forma jest najlepsza do poznawania historii naszego kraju?

                                              
Dzieci Ireny Sendlerowej. Anna Mieszkowska.
Po pierwsze tytuł... Przyciąga prawda? Ja złapałam się na ten haczyk, nie powiem. Bo zaraz jaki seks? Na jakim księżycu? Eeee pewnie to jakiś chwyt marketingowy. Tak sobie pomyślałam, gdy zobaczyłam tę książkę na półce, ale koniec końców postanowiłam ją wziąć.


I dobrze zrobiłam. Kiedy przeczytałam informacje na okładce, dowiedziałam się, że jest to historia chłopaka, który został astronautą (stąd ten księżyc) i to historia prawdziwa. Jest napisana lekkim językiem, akcja toczy się dynamicznie. Kiedy poznajemy Thada jest takim zwykłym chłopakiem, który ma pod górkę w życiu. Rodzice wyrzucają go z domu, bardzo wcześnie bierze ślub. I później sam nie wie co dalej robić ze swoim życiem. Olśnienie nachodzi go nagle, gdy w biurze karier zauważa segregator z napisem "astronauta". I wtedy postanawia zająć się zawodowo badaniem kosmosu. Brzmi niesamowicie? Dopiero będzie. Książka ciekawie i barwnie opisuje zmagania Thada z dostaniem się do NASA, a później jego pracę w ośrodku kosmicznym. Wszystko wygląda trochę jak american dream, gdy nagle wpada mu do głowy szalony pomysł - chce ukraść mocno strzeżone skały księżycowe o niewyobrażalnej wartości.

Adrenalina robi swoje i przez kolejne strony przechodzi się migiem. Wszystko wydaje się absurdalne. Dlatego moim zdaniem tak dobrze się czyta. Ta opowieść nie zawiera jakiejś wielkiej głębi, to po prostu dobra rozrywka. Chociaż ja spędziłam całkiem sporo czasu zastanawiając się dlaczego on to, u licha, zrobił? W książce powody dla których Thad decyduje się wstąpić na kryminalną ścieżkę są całkiem ciekawie przedstawione, ale czegoś w nich brakuje. A może po prostu nawet sam bohater sobie ich nie uświadamia?

Generalnie to interesująca lektura, lekka, wciągająca, typowo amerykańska. Do przeczytania raczej raz. Może nie zabierze Was w gwiazdy, ale oderwać się od codzienności na pewno pozwoli. Plus to, że po przeczytaniu trudno powstrzymać się od wpisania w Google "skały księżycowe".

A Wy? Czytaliście? Polecacie? Może znacie inne kosmiczne historie?
                                           
Seks na księżycu. Ben Mezrich