Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polecane. Pokaż wszystkie posty
Urok Wodnikowego Wzgórza jest subtelny. Tkwi w prawie rzeczywistym zapachu nagrzanego brzegu rzeki, porośniętego trzciną, falującą w rytm popołudniowego wiatru. Smakuje świeżymi warzywami prosto z domowego ogródka. Przywodzi na myśl moment ciszy tuż przed zachodem słońca, kiedy cała przyroda nieruchomieje w zachwycie.

recenzja książki
 R. Adams napisał Wodnikowe Wzgórze za namową córek, które jako dzieci były pierwszymi słuchaczami tej historii. Książka odniosła sukces zwłaszcza w ojczyźnie autora, gdzie wpisała się na stałe do klasyki literatury. W Polsce Wodnikowe Wzgórze cieszy się (zupełnie niesłusznie według mnie) mniejszą popularnością. A szkoda, bo to piękna książka.

Krótko o fabule – Wodnikowe Wzgórze to opowieść o królikach. I proszę, nie zniechęcajcie się po przeczytaniu tego zdania! Mimo, że bohaterami książki są zwierzęta, problemy mają bardzo ludzkie. Historia rozpoczyna się, gdy kilku mieszkańców królikarni w Standford postanawia opuścić dotychczasowy dom, przeczuwając bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo. W czasie wędrówki muszą mierzyć się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami, czy to pod postacią samotnego psa wałęsającego się po polach, czy rzeki „nie do przeskoczenia”. Nie dajcie się zwieść przyziemności króliczych kłopotów. Pan Adams snuje swoje historie wciągając czytelnika w główny nurt wydarzeń, z drugiej strony pozostawiając dużo miejsca na własne interpretacje lub rozszyfrowywanie metafor. I wszystko to jest nienachalne. Bo wbrew pozorom ten króliczy exodus nie jest alegorią ludzkich dziejów. Owszem, czasem można się w niej przejrzeć niczym w lustrze, ale są to tylko momenty. Zupełnie inaczej niż przykładowo w Folwarku zwierzęcym, gdzie czytelnikowi cały czas towarzyszy świadomość, że nie o same zwierzęta tu chodzi. Wodnikowe Wzgórze jest mniej abstrakcyjne, co nie znaczy, że gorsze. Powieść płynie spokojnym rytmem – można się nią rozkoszować. Podział na mikro rozdziały sprawia, że czujemy się jakbyśmy pili ulubioną kawę w wakacyjny poranek – powoli, niespiesznie, bez szaleństwa w myślach.

Warto też chwilę przystanąć nad warstwą przyrodniczą – tak bliską naszym puchatym bohaterom. Natura oprócz tego, że jest z oczywistych względów tłem wydarzeń, to największa ozdoba tej historii. Opisy przyrody są bogate w gatunki, tekstury, zapachy, barwy. Te plastyczne obrazy są często porównywane ze światem kreowanym przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. I rzeczywiście jest w nich pewne podobieństwo. Tyle, że Adams opisuje realny świat – znawcy wychwycą to od razu. Przyroda opisana przez autora przypomina stare obrazki botaniczne – te precyzyjne, wnikliwie opisane rysunki roślin o ponadczasowym uroku.

Wodnikowe Wzgórze to jedna z moich ulubionych książek. Wracam do niej kiedy chcę na chwilę przystanąć. Polecam absolutnie każdemu!
                                
Wodnikowe Wzgórze. Richard Adams.
Sprawa wygląda następująco: każdy, absolutnie każdy zgodzi się z tezą, że języki obce trzeba znać. Bo przyjemnie jest dogadywać się na wakacjach, bo dobrze to rokuje na awans w pracy, bo łatwiej wtórować piosenkom w radio, a i kupowanie koszulek z napisami jest bezpieczniejsze. Bez dwóch zdań. I mimo, że poziom angielskiego podobno w naszym kraju jest wysoki - co może być efektem wciąż poszerzanego zakresu nauki w szkole (lub poszerzanej oferty seriali w HBO), to jednak nadchodzi taki dzień, kiedy matura z angielskiego staje się odległym wspomnieniem (zbyt odległym;)) i takim samym wspomnieniem zdaje się znajomość angielskiego. Ale na szczęście są sposoby, żeby odświeżyć tą nieco przykurzoną umiejętność.


Czytanie po angielsku. Jak się do tego zabrać?
Otóż, z czytaniem po angielsku jest ten problem, że czasami ciężko złapać kontekst, a język literacki, który jest pełen idiomów wcale tego nie ułatwia. Trudność sprawia także wyższy poziom gramatyki, niż w języku mówionym oraz co tu dużo mówić słówka. I to właśnie te nieszczęsne słówka są powodem, dla którego zwykle porzucamy książki w języku oryginalnym. Bo co to za przyjemność, co chwilę trafiać na przeszkodę w postaci niezrozumiałego słowa, które dezorientuje i zmusza do ustawicznego szukania pomocy w słowniku. Oczywiście można ignorować takie słowa, lecz każdy kto poważnie zabierał się do czytania po angielsku wie, że strategia ignorowania nieznanych słów nie prowadzi daleko (a na pewno nie prowadzi do satysfakcjonującej lektury). Co można zrobić, żeby czytanie po angielsku było łatwiejsze? Otóż sprawa jest tak prosta, że aż dziwne że nikt tego wcześniej nie wymyślił. Wystarczy przecież umieścić tłumaczenia słów na marginesie. Proste? Pomysłowe? A na pewno pożyteczne. To ten sam sposób, który pewnie sami stosowaliście czytając czytanki w podręcznikach szkolnych. Tyle tylko, że tam zwykle tłumaczenia bazgraliśmy gdzieś nad słowem.


Na taki genialnie prosty pomysł wpadli ludzie z wydawnictwa Ze słownikiem. Zawarli w swoich książkach po trzy słowniki: pierwszy na początku książki z najczęściej używanymi słowami - ich znajomość powoduje zrozumienie około 70 % tekstu, drugi na końcu z całym słownictwem i trzeci to te wybrane trudniejsze słowa na marginesie każdej strony. Mój sposób na czytanie książek wyglądał tak: najpierw przygotowywałam się czytając pierwszy słownik (i tu moja wielka radość, bo okazało się, że mimo nieużywania angielskiego od wielu lat sporo jednak pamiętam). Później czytałam właściwy tekst i tu słownik na marginesie okazał się fenomenalny. To naprawdę wygodne. Czytam sobie, czytam a tu bach - nieznane słowo. Słownik na marginesie to oszczędność czasu. Polecam jedynie odświeżyć podstawy gramatyki we własnym zakresie - to także się przyda, a niestety nie ma w książkach żadnych ściąg z tego działu (a może to i dobrze? mogłyby się niepotrzebnie rozrosnąć
).

Jakie tytuły wybrać na początek?
Pozwolę sobie teraz na oczywistą oczywistość i powiem, że najlepiej czytać to co się lubi. Skoro zamierzamy łączyć przyjemne z pożytecznym, a tym pożytecznym będzie nauka języka to sprawmy sobie tę radość i szlifujmy angielski czytając ulubione książki. W wydawnictwie Ze słownikiem znajduje się prawie sama klasyka, od literatury dziecięcej (Alicja w Krainie Czarów, Ania z Zielonego Wzgórza, Tajemniczy Ogród), po książki przygodowe (W 80 dni dookoła świata), romanse i fantasy. Widziałam też ostatnio sporo ciekawych zapowiedzi. Polecam sięgać po znane wcześniej tytuły - będzie Wam łatwiej. Każda książka ma też określony poziom trudności (A1 - C2) co może pomóc w wyborze lektury.

Czy są jakieś minusy?
Właściwie wszystkie mankamenty, jakie dostrzegam, nie dotyczą stricte treści książek (które są przecież oryginalnym tekstem) ani jakości tłumaczeń, tylko cech pobocznych. Pierwszy to tłumaczenia tzw. zapowiedzi na okładce, wiecie tam gdzie w Harrym Potterze pada zdanie
"jeśli sądzisz, że sztuka czytania zanika, zwłaszcza wśród dzieci to niezawodny znak, że jesteś mugolem!". Otóż polskie tłumaczenie zredagowane jest nie najlepiej, przynajmniej w Tajemniczym Ogrodzie. Także brak wersji w twardej okładce dla maniaków takiego wydania może być rozczarowujący. W ogóle sama okładka, bo o niej nie powiedziałam jeszcze nic, również jest kwestią gustu. Wydawnictwo obrało dość bezpieczną drogę minimalizmu estetycznego i wszystkie swoje książki wydaje w prostych, białych aranżacjach. Jakkolwiek popieram ideę, to jednak chętnie widziałabym coś ciekawszego na okładce. Ale tak jak powiedziałam, to akurat jest rzecz drugorzędna.

Jednym słowem, polecam książki wydawnictwa Ze słownikiem. Są fajne, proste i zdecydowanie spełniają swoją funkcję. Idealne, żeby potrenować angielski i przypomnieć sobie ulubione tytuły.

A Wy macie jakieś triki na czytanie w języku obcym? Może znacie inne wydawnictwa książek w oryginale?
Pierwsze skojarzenia: tulipany, wiatraki, sery, rowery, kanały, legalna marihuana, prostytutki na ulicy Czerwonych Latarni, Rembrandt i Van Gogh, muzyka elektroniczna. Ile z tych obrazków to "prawdziwa" Holandia? Jaki naprawdę jest ten mały, płaski kraj wciśnięty między Niemcy i Belgię, zbudowany właściwie na dnie morza?
recenzja książki

Marek Orzechowski w przyjemny, gawędziarski sposób opowiada o Holandii - kraju, który go fascynuje i do którego wciąż go ciągnie. Mimo, że mieszka w Belgii, ma zaskakująco wiele do powiedzenia o jej sąsiadce. Przytacza anegdoty z własnych obserwacji, podpiera się wieloma opracowaniami i badaniami statystycznymi. Opowieść tylko z grubsza spięta jest klamrami rozdziałów - bardziej przypomina leniwie płynącą pogawędkę przy piwku.

recenzja
Dużo miejsca jest poświęcone historii Holandii - ale spokojnie - w wydaniu lekkostrawnym i przyjemnym. Bo kto wiedział, że to właśnie Holendrzy, jako chyba jedyni w Europie zamienili ustrój republikański w monarchię, a nie odwrotnie? Zdawaliście sobie sprawę, że Holandia była potęgą na morzu i do dziś ma największa na świecie flotę? No i kto słyszał, że Nowy Jork pierwotnie nosił nazwę Nowy Amsterdam? Ot, takie ciekawostki ma do zaoferowania "historyczna" część książki.

Później jest jeszcze ciekawiej. Orzechowski stara się złapać ten nieuchwytny klimat kraju, duszę jego mieszkańców i opowiedzieć o nich coś więcej niż widać na widokówkach. Okazuje się to wcale nie prostym zadaniem (i to pomimo permanentnie odsłoniętych wielkich okien - serio - żaluzje i firanki to towar w Holandii zbędny). Kolejne odcienie charakteru typowego Holendra wychodzą autorowi świetnie! Obraz staje się wielowymiarowy i na pewno nie płaski (w odróżnieniu od krajobrazu).

Całkiem miłym zbiegiem okoliczności jest to, że książka "Holandia. Presja depresji" znajdowała się na liście moich książek na 2016, a zupełnie niezależnie od tego, miałam okazje spędzić tam w październiku kilka dni urlopu. Po powrocie okazało się, że książka zastała w końcu zwrócona i mogłam przystąpić do lektury bogatsza o własne obserwacje.

Zdecydowanie polecam, wszystkim, którzy byli lub będą w tym pięknym kraju.
                                       
Holandia. Presja depresji. Marek Orzechowski.


Ręka do góry kto tęskni za czytaniem książek do rana? Komu brakuje tego cichego głosiku w głowie "jeszcze tylko jeden rozdział, jeszcze tylko kilka stron"? Kto chciałby przypomnieć sobie, jak to jest zorientować się o 2.37, że przecież przed chwilą otworzyliśmy książkę?

Dziś kilka tytułów książek dla tych, którzy chcieliby dać się pochłonąć. 

recenzja
1. Dziewczyna z pociągu. Paula Hawkins. Trzy kobiety, trzy historie, jedna zagadka. Nie jest to żaden wybitny thriller, ale nie można mu odmówić dobrze zbilansowanego tempa akcji. Napięcie rośnie powoli, fabuła jest dopracowana - drobne niedorzeczności nie rażą, a przynajmniej nie tak bardzo. No i najważniejsze - "Dziewczyna z pociągu" mknie jak tytułowy pociąg.

recenzja2. Cichy wielbiciel. Olga Rudnicka. To także thriller, od którego nie można się po prostu oderwać. Akcja kręci się wokół tematu, który jeszcze nie tak dawno był całkowicie bagatelizowany i traktowany z lekceważeniem, a w najlepszym razie z dezaprobatą - mowa tu o stalkingu, bo tak fachowo nazywa się nękanie i dręczenie fizyczne i psychiczne. Jednak pomimo ciężkiej tematyki, książka jest bardzo przystępna, napisana lekkim i prostym (niestety momentami nawet zbyt prostym) językiem. W każdym razie przeczytanie tej 400 stronicowej książki zajęło mi jeden dzień.

3. Zaginiona dziewczyna. Gillian Flynn. Pisałam o niej na początku tego roku, bo zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że akurat tutaj łatwość czytania idzie w parze z wysoką jakością. Polecam po trzykroć. Bardziej zainteresowanych odsyłam tutaj.

recenzja4. Seks na księżycu. Ben Mezrich. Dla odmiany przyjemna książka w gatunku obyczajówki-przygodówki, pod flagą american dream. Sympatyczna opowieść o chłopaku z NASA, który dla dziewczyny próbuje wykraść pilnie strzeżone skały księżycowe. Uwaga, ta historia jest oparta na faktach! Więcej o niej tu.

recenzja5. Trafny wybór. J. K. Rowling. Umieściłam "Trafny wybór" w tym zestawieniu przede wszystkim z uwielbienia dla stylu Rowling. Podziwiam to co ona robi ze słowami. Potrafi nimi czarować ; ) Równie dobrze mogłabym tu podać tytuł każdej części Harry'ego Pottera, jednak domyślam się, że większość osób ma za sobą czytanie Harry'ego, a problemy małego miasteczka Pagford wciąż są znane mniejszemu gronu czytelników. Pełna opinia dostępna tutaj.

A na koniec pytanie, co jeszcze dodalibyście do tej listy?


Czasem zapominam o tym jak wielki jest świat. Wiecie, mam wrażenie, że wszystko co ważne dzieje się tu i teraz. Moją sceną jest moje miasto (moje miasta chciałabym powiedzieć), czasem rozszerzam ją przy istotnych wydarzeniach, czasem (zdecydowanie za rzadko!) podróże otwierają mi oczy i widzę coś i n n e g o. Ale tak jak mówię, centrum mojego wszechświat jest tutaj, w Polsce. Dlatego, tak ekscytujące jest p o z n a w a n i e czegoś nowego. Przeczytałam ostatnio naprawdę interesującą książkę - "Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie". I powiem Wam, warto!


Tak jak napisałam, mój ograniczony świat niezbyt chłonnie przyjmuje zalew informacji, z których większość jest negatywna, a pozostała część naciągana. Nie mam telewizji, czytam tylko wiadomości ekonomiczne i kulturalne, więc z jednej strony spokojniej mi się żyje, z drugiej zostaję zaskoczona wydarzeniami dla większości oczywistymi.

O Kurdach wiedziałam tylko tyle, że mają coś wspólnego z Bliskim Wschodem, a to "coś" było bardzo nieokreślone. Sformułowanie Chemiczny Ali nie mówiło mi nic. Na temat sytuacji politycznej Iraku czy Iranu nie wiedziałam nic popartego faktami. Słabo, wiem.

Dlatego kiedy zupełnie przypadkiem wpadła w moje ręce książka o Kurdach, nie spodziewałam się niczego specjalnego. A tu niespodzianka. Nie dość, że historia tego narodu jest ciekawa (bardzo krwawa, ale też budząca podziw), to jeszcze opowiedziana w przystępny sposób. Bohaterami kolejnych rozdziałów, które są osobnymi historiami są najróżniejsi ludzi, co zwłaszcza w literaturze faktu jest potrzebne, bo pozwala na bardziej obiektywne spojrzenie. I tak, opisane jest podejście Kurdów do islamu, poszukiwane są przyczyny ich wyobcowania w Iraku, Iranie czy Turcji, przybliżone zostają makabryczne karty ich historii, zarówno takie, w której byli ofiarami, ale też te, w której stawali się bratobójcami. Rozważania o przyszłości Kurdów, marzenia o niepodległości... Naprawdę jest co czytać.

Nie chcę dużo pisać, żeby zbyt wiele nie zdradzać. Po prostu - przeczytajcie : )
                                       
Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie. Paweł Smoleński.
Zanim George R. R. Martin odkrył, że receptą na sukces literacki jest poprowadzenie ciągu wydarzeń dokładnie na odwrót niż podpowiada happy endowska część naszych umysłów, Lemony Snicket zrobił to samo tylko w wersji dla dzieci. Zaraz, zaraz powiedziałam dla dzieci? Cóż, w mojej opinii Seria Niefortunnych Zdarzeń zdecydowanie nie jest dla dzieci, mimo, że za taką stara się uchodzić.

Seria Niefortunnych Zdarzeń Lemony Snicket

Historia opowiada o dziejach trójki dzieciaków, Wioletki, Klausa i Słoneczka, które właśnie straciły rodziców. Od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak. Fatum nie opuszcza ich ani na moment, a wszystko przyobleczone jest czarnym humorem. Od razu zaznaczam: to książki bardzo specyficzne i pewnie nie wszystkim się podobają. I zdecydowanie nie można brać ich dosłownie. Są przede wszystkim dziwne.

Seria Niefortunnych Zdarzeń
W ogóle wszystko w tej serii jest bardzo charakterystyczne. Tajemniczy jest autor piszący pod pseudonimem, wtrącający czasem malutkie dygresje z własnego (?) życia, dedykujący każdą część równie enigmatycznej Beatrycze. Dziwne są "zapowiedzi" kolejnych części na końcu każdej książki. Ale najbardziej surrealistyczna jest atmosfera Serii Niefortunnych Zdarzeń - iście kafkowska, pełna absurdu, ale i wypełniona wytworami niewyczerpanej wyobraźni. Próżno tu szukać realizmu, nawet tego bajkowego. Sięgając po Serię Niefortunnych Zdarzeń trzeba się przestawić na inny rodzaj percepcji. Styl Snicketa jest tak szczególny, że albo się go pokocha albo znienawidzi.

Książeczki, mimo że udają "grubsze" w rzeczywistości dają się przeczytać spokojnie w jeden wieczór.

Ja osobiście uwielbiam całą serię ; )

A Wy czytacie takie, albo inne książki "teoretycznie" dla dzieci? A może ktoś oglądał film?
                           
Przykry początek. Gabinet gadów. Ogromne okno. Tartak tortur. Akademia antypatii. Winda widmo. Szkodliwy szpital. Krwiożerczy karnawał. Zjezdne zbocze. Groźna grota. Przedostatnia pułapka. Koniec końców. Daniel Handler, ps. Lemony Snicket.
Smaczny kąsek dla wielbicieli dobrych, psychologicznych powieści. Pozornie zapowiada się na zwyczajny thriller: ot, zniknięcie żony w piątą rocznicę ślubu. Kto spodziewa się pościgów, nagłych zwrotów akcji, zmartwychwstania siostry bliźniaczki, tudzież trupów w szafie (a może?) i innych tego typu szaleństw, niemal zawsze obecnych w dzisiejszych kryminałach, może czuć się zawiedziony. Za to wszyscy inni - docenicie wyrafinowanie tej książki.

Gone girl recenzja

Nie będę nakreślać Wam zarysu fabuły, bo mieści się w samym tytule - dziewczyna znika. Pierwszym podejrzanym staje się automatycznie mąż. Ale ta książka jest bardzo nieoczywista i w sumie nie chodzi w niej o samą zagadkę. To świetne studium toksycznych związków, szaleńczej miłości i prozy życia, która podstępnie kradnie żar uczuć zostawiając tylko puste miejsce na nudę. Amy i Nick, którzy na przemian są narratorami powieści opowiadają o sobie nawzajem. Z każdym kolejnym akapitem dorzucają trochę nowego do obrazu partnera, co sprawia, że obraz zmienia się d i a m e t r a l n i e.

Język jest bardzo przystępny, czyta się lekko. Tutaj gra prowadzona jest nie tylko między dwójką głównych bohaterów, ale zostaje w nią wciągnięty także czytelnik. Zabił czy nie zabił? Kim ona jest? Autorka bawi się z nami (albo nami) - czasami wydaje się, że rozgryźliśmy to wszystko, czasami wyłapujemy nieścisłości i myślimy: "o mam Cię!", żeby zaraz potem zorientować się, że to był blef, podwójny blef. Wyobrażam sobie, że niektórych może irytować takie granie na nosie. Mi się to bardzo podobało.

Całkiem ciekawe były także przemyślenie Amy lub Nicka dotyczące bardziej ogólnych tematów. Oczywiście skupiali się głównie na sobie, ale od czasu do czasu dawali się poznać jako cyniczni obserwatorzy współczesnego świata.
Jeśli ktoś nas zdradza, wiemy jakie słowa wypowiedzieć; gdy umiera ukochana osoba, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Jeśli chcemy odegrać ogiera, cwaniaczka albo głupka, wiemy, jakie słowa wypowiedzieć. Wszyscy korzystamy z tego samego wyświechtanego scenariusza. W tych czasach bardzo trudno być osobą, po prostu prawdziwą, rzeczywistą osobą, a nie zbiorem cech charakteru wybranych z pojemnego automatu z charakterami.
Myślę, że im bardziej czytelnik będzie podzielać ich pokrętne spojrzenie na świat i związki, tym więcej będzie miał satysfakcji z lektury.

Dlatego ja polecam z czystym sercem. Jeśli macie ochotę obejrzyjcie również film (to od niego zaczęłam przygodę z tą historią). Jest naprawdę dobry!
                          
Zaginiona dziewczyna. Gillian Flynn.

Billa Brysona poznałam w trakcie zabawy z czytaniem 100 najlepszych książek BBC. Jego "Zapiski z małej wyspy" były strzałem w dziesiątkę. Tym razem ten publicysta i podróżnik w jednej osobie bierze na warsztat swoją ojczyznę - supermocarstwo, kraj "naj" - USA. Jakie są jego przemyślenia na temat własnego kraju po latach życie w Europie?

Zapiski z Wielkiego kraju Bill Bryson

Na pewno w większości zabawne. Bill Bryson serwuje nam ten rodzaj humoru, który bardzo lubię, trochę autoironii, mnóstwo dystansu do siebie, wszystko lekkie i przyjemne. Domyślam się, że prywatnie musi być bardzo fajnym człowiekiem (jaki inny napisałby felieton o tym, że fascynują go niszczarki do papieru). Z wnikliwością naukowca prowadzi obserwacje życia amerykańskiego, beztroskiego społeczeństwa. A wnioski... wcale nie są zaskakujące :) Bo Amerykanie naprawdę są trochę tacy jak w stereotypach - uwielbiają niezdrowe jedzenie równie mocno jak swoje samochody, których używają do przedostania się nawet tylko na druga stronę ulicy. Nie znają granic w wymyślaniu coraz to nowych patentów na biznes. Są niesamowicie optymistyczni i tacy jakby głupsi. USA to kraj, który wysyła ludzi w kosmos, a innym ludziom drukuje instrukcje użytkowania plastykowej reklamówki. Kraj absurdów, prawda?


Bill Bryson nie może wyjść z podziwu, że np. na szamponach do włosów jest informacja z numerem czynnej całą dobę infolinii, na którą można zadzwonić i... (sama nie wiem, powiedzieć, że szampon słabo się pieni?). Tłumaczy również dlaczego dla Amerykanów tak ważne jest Święto Dziękczynienia, za co oni właściwie dziękują i dlaczego przez to bagatelizują Boże Narodzenie.

Wśród wielu naprawdę dobrych tekstów zdarzają się niestety trochę gorsze - głównie te w których autor marudzi niemiłosiernie. Chyba każdy trochę ostrzej ocenia swoje własne podwórko niż "obce kraje" - tam mocniej zwracamy uwagę na wszystko co jest lepsze, sprawniejsze, ładniejsze i ciekawsze niż u nas. Dlatego można zrozumieć skąd to narzekanie u Billa Brysona. Zdecydowanie odczuwa się również upływ czasu. Książka wydana pod koniec lat 90 - tych, jest dziś nieco przeterminowana - z jednej strony dodaje to uroku (kto nie wspomina z rozrzewnieniem kaset VHS, kart telefonicznych i dyskietek komputerowych) a drugiej mamy świadomość, że Ameryka musi być dziś inna.

Generalnie "Zapiski z wielkiego kraju" oceniam równie dobrze jak "Zapiski z małej wyspy" (porządne 7/10). Chyba dodam też mały plusik za krótką formę - felietony ze względu na małą objętość miały spójny charakter i nadawały się do czytania nawet przy małej ilości wolnego czasu.

Przeczytajcie, polecam : )
                        
Zapiski z wielkiego kraju. Bill Bryson.



Pasja to dziwna sprawa. Zupełnie nieoczekiwanie potrafi spaść na człowieka i złapać. A trzyma! Nie ogląda się na żadne zakazy i nakazy, nie patrzy czy to użyteczne, opłacalne ani czy się przyda. Pasje już chyba takie są. Przychodzą nagle, czasami odchodzą, z niektórych po prostu wyrastamy. Zdarza się, że wywracają życie do góry nogami, ale zdecydowana większość jest w wersji light i objawia się po prostu pozytywnym zainteresowaniem danym tematem.

Sztuka dla początkujących

Ja lubię sztukę. Nie tworzyć, a podziwiać. Wiecie - przedziwne, absurdalne obrazy surrealistyczne albo pełne słońca dzieła impresjonistów. Fascynują mnie najnowocześniejsze szklane wieżowce. Zachwyca mnie street art. Widzę piękno na kartkach z empika, albo na pościeli z IKEA. A jednak nie uważam się absolutnie za żadnego znawcę sztuki! Bo i skąd miałabym wiedzieć cokolwiek więcej od zwykłego zjadacza chleba. Więcej, uważam, że to nawet nie jest potrzebne. Przecież nie trzeba wcale wiedzieć jak i dlaczego powstaje tęcza, żeby czuć radość widząc ją. Jednak-zawsze-fajnie-wiedzieć. No i okazuje się, że wielu artystów wiodło tak zadziwiające życie, że ich obrazy wydają się jeszcze ciekawsze. Dlatego po latach prostego kontemplowania piękna obrazów postanowiłam się teraz co nie co o nich dowiedzieć.

Gawędy o sztuce Bożeny Fabiani to coś, co na pewno Wam się spodoba, jeśli tak jak ja jesteście wrażliwi na sztukę i moglibyście oglądać obrazy godzinami. Baa a jeszcze o nich słuchać! Bożena Fabiani opowiada lekko i bardzo zajmująco, zupełnie jakby zwykła popijać herbatkę w niedzielne popołudnia z Caravaggiem czy Rubensem. Chwilę poświęca na życie prywatne malarzy, sporo opowiada na temat ich najważniejszych obrazów, wszystko to w naprawdę przyjemny sposób. Polecam Wam zwłaszcza audiobooki, bo autorka ma dobry głos.

Bożena Fabiani napisała cały cykl gawęd. Są to:
1. "Moje gawędy o sztuce. Dzieła, twórcy, mecenasi. Wiek XV - XVI"
2. "Gawędy o sztuce. XIII - XV wiek"
3. "Dalsze gawędy o sztuce. XVII wiek"
4. "Dalsze gawędy o sztuce. VI - XX wiek"

A ostatnio również "Gawędy o sztuce sakralnej". Ja zaczęłam swoją przygodę z jej twórczością od środka, bo od "Dalszych gawęd o sztuce. XVII wiek". I powiem Wam, jestem naprawdę zadowolona, że sięgnęłam po tę książkę. Każdy artysta ma poświęcony sobie rozdział, który w audiobooku trwa około pół godziny (idealnie dla nie mających czasu). W tej części poznajemy bliżej m.in. Vermeera i Rembrandta, wspomnianych wcześniej Rubensa i Caravaggia, a także pierwszą znaną kobietę - malarkę Artemisię Gentileschi. "Poznajemy" to dobre słowo, bo gawędy nie zawierają suchych i bezpłciowych faktów, a prawdziwe ciekawostki z życia tych wybitnych twórców. Dziś w erze mass mediów, facebooka i ekshibicjonizmu z własnej nieprzymuszonej woli nie stanowi problemu, żeby dowiedzieć się dowolnych i czasami bardzo osobistych rzeczy o kimkolwiek. Ale w XVII wieku? Dlatego ilość pracy jaka została włożona, aby wyciągnąć z mroków przeszłości biografie artystów budzi podziw.

Więc jeszcze raz polecam Wam z całego serca "Dalsze gawędy o sztuce. Wiek XVII" oraz całą serię. Jeśli martwicie się, że przytłoczą Was trudne nazwy lub zawiłe historie - spokojnie - gawędy są dla każdego, a zwłaszcza dla początkujących.
                                        
Dalsze gawędy o sztuce. XVII wiek. Bożena Fabiani. 






Co to za książka! Ach co za hipnotyzująca opowieść! "Tajemna historia" Donny Tartt jest nie tylko tajemnicza, ale i dziwnie mroczna. Trudno o niej przestać myśleć. Specjalnie odłożyłam napisanie opinii o niej o kilka dni żeby ochłonąć. Bo jest po czym.

The Secret History

"Tajemna historia" opowiada o szóstce studentów filologii klasycznej amerykańskiego college'u. Beztroskie życie, trochę imprez, trochę inspirujących dyskusji na zajęciach z greki, wszystko w oparach drogiego alkoholu, czasem w narkotycznym śnie. Jakie zwykłe i niezwykłe ścieżki sprawią, że Ci zmanierowani, ale w gruncie rzeczy dobrzy ludzie pewnego dnia zamordują kolegę?

Donna Tartt napisała książkę niezwykłą, która uwodzi czytelnika i manipuluje nim. Wykreowała postacie bardzo wyraziste o których zdajemy się wiedzieć lub domyślać wszystkiego, a jednak najważniejsze nam umyka. Możemy tu obserwować jak znika pojęcie odpowiedzialności, gdy mamy do czynienia z grupą, zwłaszcza tak elitarną grupą. Małe upokorzenia, drobne okrucieństwa, osobiste demony, wszechogarniający strach - to wszystko sprawia, że sami zaczynamy usprawiedliwiać naszych bohaterów, aby za chwilę ich potępiać. Ta huśtawka trwa właściwie przez całą powieść sprawiając, że po zakończeniu może kręcić się w głowie.

Ktoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że każdy detal przedstawiony w książce prędzej czy później stanie się istotny dla przebiegu fabuły zdziwi się. W "Tajemnej historii" wiele jest ślepych uliczek i szczegółów pozornie bez znaczenia. Według mnie ten zabieg jest świetny, bo imituje "chaos życia". Mimo, że kompozycja jest w gruncie rzeczy zamknięta, to jednak zakończenie pozostawia więcej pytań niż daje odpowiedzi.

Sama psychologia zbrodni i tego co dzieje się później to istny majstersztyk. Widać tu zarówno brak kręgosłupa moralnego, przepych i blichtr niczym z "Wielkiego Gatsby'ego" jak i genezę konfliktów w zamkniętej grupie z "Władcy much". Wszystko w duszącej, pełnej lęku atmosferze "Jądra ciemności". Dodałabym jeszcze wewnętrzną walkę z samym sobą i męki dojrzewania z "Buszującego w zbożu" i oczywiście rozterki mordercy ze "Zbrodni i kary". Z takiej mieszanki musiała powstać znakomita książka.

Jedyną niedogodnością był brak tłumaczeń sentencji łacińskich, greckich czy francuskich, których używali bohaterowie. Raziło to tym bardziej, że często pełniły funkcję puenty lub było w inny sposób istotne. Za to minus. Nie każdy ma czas i ochotę co chwilę sprawdzać coś w Internecie.

Czy polecam Wam "Tajemną historię"? Tak, ale ostrzegam, to nie jest lekkostrawna, wesoła książeczka. Jest skomplikowana i wielowarstwowa, więc domyślam się, że nie każdemu przypadnie do gustu. Jednakże warto, naprawdę warto, zwłaszcza jeśli lubicie psychologiczne powieści.
                             
Tajemna historia. Donna Tartt.
Na początek wytłumaczę Wam dlaczego sięgnęłam po książkę "Aktorki. Spotkania" Maciejewskiego. To nie takie oczywiste. Większość z opisywanych pań znam tylko ze słyszenia, niewiele widziałam filmów z ich udziałem. Zwykle ich artystyczny rozkwit przypadał na czas, kiedy w najlepszym razie byłam dzieckiem (albo w ogóle mnie nie było). Rzadko oglądam "stare" filmy, jeszcze do tego polskie. Rzadko (niestety) bywam w teatrze. Naprawdę nie znam się na kinematografii. Krytyk byłby ze mnie żaden : ) Dlatego lektura "Aktorek" była dla mnie zupełnie nowym smakiem. Zostawieniem wszystkich znanych światów i spojrzeniem w coś odmiennego.


Maciejewski zaaranżował czytelnikom spotkania z samymi ikonami teatru i kina. I oto przed państwem:

Ewa Błaszczyk
Teresa Budzisz - Krzyżanowska
Stanisława Celińska
Anna Dymna
Krystyna Feldman
Barbara Krafftówna
Irena Kwiatkowska
Marta Lipińska
Danuta Stenka
Beata Tyszkiewicz
Ewa Wiśniewska

(jest też wersja bogatsza, z biografiami 20 aktorek zamiast 11)

Każdej z pań poświęcony jest osobny rozdział opatrzony fotografią. Autor zwykle oddaje głos artystkom, niekiedy przytacza więcej faktów z ich życia, czasami pozwala sobie na własne komentarze. Rozmowy toczą się przede wszystkim o życiu zawodowym. I to jest naprawdę piękne w tej książce. Można prawie zajrzeć do garderoby, przysłuchać się próbom przed spektaklami, podejrzeć jak rodzi się każda rola. To niesamowite jak bardzo aktorstwo, ale takie prawdziwe aktorstwo, jest pracą. Czytanie tej książki przypominało mi trochę zwiedzanie Teatru Słowackiego w Krakowie, gdzie poza efektem końcowym czyli sceną można było zobaczyć garderoby, szafy z rekwizytami, konstrukcję kurtyny i pomieszczenia pod sceną. Wszystko takie egzotyczne dla przeciętnego widza i takie codzienne dla pracujących tam aktorów.


Ponadto, "Aktorki" to także historie o kobietach. Naprawdę zwykłych kobietach. Takich, które wiecie, pieką ciasta, opowiadają o swoim ogródku, wyrażają dumę z dzieci. Wszystko subtelne, nienachalne, bez szukania taniej sensacji. "Gwiazdy", które z gwiazdorzeniem nie mają nic wspólnego (jakże inaczej od niektórych celebrytek).

Szczerze mówiąc jestem zauroczona książką pana Maciejewskiego oraz jej bohaterkami. Aktorki inspirują swoim podejściem do pracy, skromnością i ciągłym dążeniem do warsztatowej doskonałości. Polecam wszystkim, zarówno zainteresowanym tematyką kina i teatru oraz osobom takim jak ja. Świetny pomysł na prezent!

                               
Aktorki. Spotkania.
Łukasz Maciejewski.
Lista, którą stworzyłam specjalnie dla osób, które łatwo się nie wzruszają. Tych kilka książek wyjątkowo trafiło mi do serca, więc myślę, że Wam również mogą się spodobać. I naprawdę poruszyć.


1. Złodziejka książek. Markus Zusak.
Opisywałam ją ostatnio, więc sporo możecie przeczytać o niej TU. Jednym słowem - to piękna i wymykająca się schematom opowieść o dziewczynce, o wojnie, o przyjaźni i o potędze słów. Bardzo, bardzo polecam.

2. Mała księżniczka. Frances Hodgson Burnett.
Na pewno doczeka się kiedyś osobnego wpisu, jest dla mnie tak ważna. To bajka dla dzieci, od razu uprzedzam. Ale czytałam ją wielokrotnie w dorosłym życiu i wciąż ma w sobie to coś. Magię. Myślę, że to jedna z tych książek, które zostawiają w czytelniku trwały ślad. Jeśli kiedykolwiek będziecie szukać prezentu dla dziewczynki "Mała księżniczka" będzie idealna.

3. Oskar i pani Róża. Éric-Emmanuel Schmitt.
Krótka książeczka o jakże trudnym temacie. O śmierci dziecka. Bardzo refleksyjna historia i trochę jakby pocieszająca?

4. Mały Książę. Antoine de Saint-Exupéry.
Któż nie czytał, któż nie słyszał. Klasyk w swojej kategorii. Nawet jeśli już kiedyś spotkaliście się z Małym Księciem (zwykle gdzieś w szkole, bo to chyba wciąż lektura) warto do niego wrócić. Podobnie jak przy Małej Księżniczce może uda Wam się dostrzec w tych książkach coś więcej.

5. Poczwarka. Dorota Terakowska.
Książka, która niewątpliwie ma swoje wady, jednak bądź co bądź potrafi wzruszyć. Opowiada o trudach i radościach życia z niepełnosprawnym dzieckiem.

A na koniec mam do Was prośbę : ) Czy moglibyście polecić mi inne tytuły książek, które Was wzruszyły?
Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.
Była sobie dziewczynka. Mieszkała w Niemczech, w czasach wojny. Kradła książki. Jej historię opowiedziała Śmierć.

niebo

Co to za książka! Fantastyczna! Zanim po nią sięgnęłam słyszałam wiele (dobrych) opinii. Dlatego z przekory zaczęłam czytanie z dystansem. I rzeczywiście, początkowo nie pochłonęła mnie tak bardzo. Poznajemy małą Liesel jak razem z matką i bratem przemierzają Niemcy w drodze do rodziny zastępczej. Zapytacie po co, skoro dziewczynka miała matkę, udaje się do przybranych rodziców. "Złodziejka książek" to opowieść pisana z perspektywy dziecka, więc na wiele odpowiedzi będziemy musieli poczekać, niektórych się domyślić, a są i takie, które pozostaną otwarte.

Liesel po pewnym czasie odnajduję się w nowej rodzinie. Poznaje wszystkich mieszkańców Himmelstrasse, biednej ulicy małego miasteczka w pobliżu Monachium. No i poznaje Rudy'ego. Wybucha wojna. Co niemieckie dzieci o niej myślą? Kim jest dla nich Hitler? I co się stanie, kiedy pewnego dnia do drzwi rodziców Liesel zapuka Żyd?

Tematyka "Złodziejki książek" wcale nie jest nowa. Ale wydaje się być tak świeża. Niesamowite jest postawienie w roli narratora Śmierci, która sama o sobie mówi:
A tak w ogóle to podoba mi się ludzka koncepcja kostuchy. Podoba mi się kosa. To naprawdę zabawne.
W tej książce słowa mają wielką moc. Liesel, która z wielkim trudem uczy się czytać jest na nie najbardziej zachłanna. Świetnym zabiegiem jest wtrącanie od czasu do czasu niemieckich słówek. Nawet jeśli nie lubicie albo nie znacie tego języka, myślę, że go docenicie. No i poznacie trochę niemieckich przekleństw, których uwielbiają używać dzieciaki grając w piłkę, czy mama Liesel.

Cała forma tej powieści jest niestandardowa. Oprócz używania w tłumaczeniu oryginalnego słownictwa, często wtrącane są fragmenty książek pisanych przez bohaterów, razem z ich rysunkami. Chronologia wydarzeń jest z premedytacją zaburzana. I wcale to nie osłabia efektu, jaki robią kolejne zdarzenia. "Złodziejka książek" to historia wyładowana emocjami. A mimo to, oszczędna w ich opisywaniu. Bo przecież czytelnik nie potrzebuje dziesiątków epitetów i setek opisów, żeby poczuć, że Liesel była w danym momencie szczęśliwa lub nie.

Inną zaletą tej książki jest jej, o ironio, prawdziwość. Historia przy całej swojej bajkowości wydaje się niesamowicie autentyczna. Jest też w jakimś sensie głęboka (chociaż uważam, że to słowo jest bardzo nadużywane dzisiaj). Markus Zusak stworzył piękną, wzruszającą książkę dla każdego. Dla mnie - rewelacja. 9/10.

A Wy znacie "Złodziejkę książek"? Może oglądaliście film? Przy okazji, zdjęcie wykorzystane w tekście nie jest przypadkowe, może ktoś zgadnie dlaczego wybrałam akurat takie?

                                                  
Złodziejka książek. Markus Zusak.
Znacie ten stan, kiedy chcielibyście coś przeczytać, ale sami nie wiecie co? Czasami jesteście tak zmęczeni, że marzycie tylko o lekkiej, przyjemnej lekturze. Innym razem, Waszemu umysłowi brak bardziej wysublimowanej rozrywki, więc szukacie czegoś niebanalnego. Macie ochotę na wzruszenia albo głębokie przemyślenia. Jak jednak znaleźć tytuły, które będę odpowiednie w danym momencie?

Okazuje się, że to nie takie proste. W Internecie można znaleźć recenzje i opinie o milionach książek, ale czy istnieją równie przystępne sposoby katalogowania? Obawiam się, że nie. Zainspirowana notką Justyny z Happyholic (zerknijcie do niej koniecznie, mnóstwo pozytywnych treści!) postanowiłam trochę uporządkować jeśli nie cały Internet i książkową blogosferę, to przynajmniej Adres Wyobraźnia.

Dlatego chciałabym stworzyć Aptekę literacką. Z półkami pełnymi tytułów - dla zakochanych na złamane serca, dla znudzonych codziennością, dla przyszłych sportowców o byłych sportowcach itd. Postaram się w propozycjach zamieszczać przede wszystkim książki, które sama przeczytałam, ale nie wykluczam również innych - polecanych mi przez znajomych, wyszukanych w sieci, z gwiazdką do przeczytania.

Na początek, coś fajnego.

Dla zmęczonych pracą i codzienną rutyną. Książki o podróżach małych i dużych. Dla wszystkich, którzy chcą się wyrwać z szarej rzeczywistości, choćby tylko w wyobraźni. Z uśmiechem.


1. Autostopem przez życie. Przemek Skokowski. 

Przemek sam o sobie pisze, że:
Daleko mi zarówno do Alberta Einsteina, jak i Michaela Jordana. Nie jestem ani wybitnie mądry, ani wybitnie wysportowany. Jestem zwyczajnym studentem żyjącym klasycznym studenckim życiem i jakoś sobie radzę. Jedyne, co mnie wyróżnia spośród rówieśników to hobby, które niestety, jest już coraz mniej popularne - autostop.
Przemek SkokowskiNie ukrywam, że czytam bloga Przemka już od dłuższego czasu i wciąż nie przestaje mnie zdumiewać. Co ten chłopak robił! Gdzie nie był! Przejechał całą Azję na stopa, uciekał przed różnymi typami spod ciemnych gwiazd, raz spał w najdroższych hotelach, a raz po prostu przy drodze w namiocie. To naprawdę niesamowita podróż, zwykłego-niezwykłego chłopaka. Czytając "Autostopem przez życie" zapragniecie przygód, zakochacie się w podróżach, a przy tym zobaczycie jakie to łatwe.

2. Tydzień do siódmej potęgi. Kazimierz Koźniewski.

Książka mojego dzieciństwa. Co prawda jest dedykowana młodzieży, ale wciąż mam do niej sentyment. To opowieść o pewnym zakładzie między czwórką harcerzy o to, że dotrą w ciągu siedmiu dni do Pragi. W czasach bez Internetu, komórek i regularnych połączeń autobusowych. Nie mając ani kasy, ani pojęcia jak daleko jest stolica (wtedy jeszcze) Czechosłowacji. Książka przy której można się pośmiać, a i dowiedzieć co nie co o historii naszych południowych sąsiadów.

3. Zapiski z małej wyspy. Bill Bryson.

Znacie to uczucie, kiedy przebywając w obcym kraju, Wasze wyostrzone zmysły rejestrują każdą różnicę w zachowaniu, architekturze, krajobrazie, ułożeniu bułek na półkach i kolorze kostki brukowej w stosunku do ojczyzny? Zapiski z małej wyspy to opowieść o Wielkiej Brytanii widzianej oczami Amerykanina. Co śmieszy, co denerwuje, a co zachwyca obcokrajowców na tej małej wyspie? Poczytajcie. A, jeszcze taki mały fragment.
Nie da się ukryć, że Brytyjczycy całkowicie zatracili poczucie odległości. Swój najdobitniejszy wyraz znajduje to w rozpowszechnionym złudzeniu, że Wielka Brytania jest samotną wyspą pośrodku bezkresnego morza. (...) Gdyby wyobrażenia o geografii świata były kształtowane wyłącznie przez to, co się czyta w brytyjskich gazetach, to nie byłoby ucieczki od konkluzji, że Ameryka jest mniej więcej tam gdzie Irlandia, Francja i Niemcy leżą gdzieś koło Azorów, Australia zaś w gorącej strefie w okolicach Bliskiego Wschodu, natomiast wszystkie inne suwerenne państwa albo pozostają w sferze mitu albo można na nie dotrzeć tylko statkiem kosmicznym. 
Myślę, że mogą Wam (i mnie) spodobać się również:

Marcin Jamkowski Jacek Wacławski
4.  "Stary", młodzi i morze. Od Antarktydy do Alaski. Wyprawa wokół obu Ameryk. Marcin Jamkowski, Jacek Wacławski.

Coś dla fanów żeglarstwa. Opowieść o najmłodszych Polakach w historii, którzy opłynęli obie Ameryki i o tym, że wszystko zaczyna się od marzeń. Opinia na LubimyCzytać.pl

5. Swoją drogą. Tomek Michniewicz.

Z opisu książka zapowiada się naprawdę ciekawie - autor zabiera 3 osoby w "podróż ich życia", w miejsca które sami sobie wybierają, czyli do afrykańskiej dżungli, Arabii Saudyjskiej i Ameryki. To nie tylko trzy podróże, ale także trzy różne punkty widzenia na te egzotyczne miejsca. Opinia na LubimyCzytać.pl

6. Stary Ekspres Patagoński. Pociągiem przez Ameryki. Paul Theroux.

Tym razem zmieniamy środek transportu na kolej. Kto znajdował przyjemność w podróżowaniu pociągami, słuchaniu rozmów współpasażerów, czy rozmyślaniu o życiu wpatrując się melancholijnie w krajobraz, ten odnajdzie się w klimacie "Starego Ekspresu Patagońskiego". Książka o tym, że sama podróż jest celem, a nie jej punkt docelowy. Opinia na LubimyCzytać.pl

7. Zjadłem Marco Polo. Krzysztof Samborski.

Pan Krzysztof to zapalony motocyklista. Podróżuje po tak niesamowitych miejscach jak Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan, Chiny. Relacje z tych właśnie krajów składają się na publikację o wymownym tytule "Zjadłem Marco Polo". Obowiązkowo dla wszystkich zafascynowanych motorami, a także dla tych, którym nazwy wymienionych krajów nic nie mówią. Opinia na LubimyCzytać.pl

Co jeszcze polecalibyście wszystkim tęskniącym za przygodami i podróżami?
Pewnie większość z Was była, będzie lub przynajmniej zna kogoś kto był w Wielkiej Brytanii. Mimo, że to drugi kraniec Europy, dzięki Rynair czy EasyJet łatwiej się tam dostać niż do takich Kielc na przykład. Co takiego jest w Zjednoczonym Królestwie, że odwiedzamy je nie tylko z powodu pogoni za "european dream" z funtami w roli głównej?

Zapiski z małej wyspy

"Zapiski z małej wyspy" to subiektywne spojrzenie na Wielką Brytanię i Brytyjczyków oczami Amerykanina. Bill Bryson opisuje swoje przeżycia i obserwacje z dużą dozą humoru (iście angielskiego). Serio, często mówiąc, że coś jest zabawne mówimy tak trochę na wyrost, nawet nie zmieniając mimiki twarzy. W tym wypadku, przynajmniej ja uśmiechałam się i śmiałam naprawdę.

Bo nagle okazuje się, że Brytyjczycy mówią językiem zupełnie niepodobnym do angielskiego (amerykańskiego), nie mówiąc już o Walijczykach (którzy mówią tylko wrgll grlyy look man). Mają mnóstwo fantazji w wymyślaniu lokalnych nazw, ale zupełnie nie są w stanie użyć wyobraźni konstruując rozkłady jazdy. Mają niezrozumiały dla reszty świata sentyment do rodziny królewskiej i najlepszych na świecie londyńskich taksówkarzy.


Cała książka jest rzeczywiście zbiorem zapisków, z grubsza tylko połączonych motywem podróży po Wielkiej Brytanii. To spostrzeżenia o kulturze brytyjskiej, kuchni, zmianach architektonicznych w wielkich miastach i przede wszystkim o zwykłych ludziach.

"Zapiski z małej wyspy" bardzo przypadły mi do gustu. Dzięki lekkiemu, nienachalnemu humorowi, samej tematyce i chyba po prostu dlatego, że ciekawie się czyta o miejscach niby nie egzotycznych, ale zawsze trochę innych niż własne podwórko. Myślę, że sięgnę również po inną książkę tego autora, mianowicie "Zapiski z wielkiego kraju". Tym razem o USA. Jak wygląda to supermocarstwo od środka? Mam nadzieję, że niedługo się przekonam.

A Wy, skusicie się na trochę brytyjskości w amerykańskim wydaniu?
                                              
Zapiski z małej wyspy. Bill Bryson.
To obyczajowa opowieść o mieszkańcach małego, angielskiego miasteczka. Rozpoczyna się przykrym wydarzeniem - śmiercią znanego i powszechnie szanowanego radnego Barry'ego. Niespodziewanie wpływa to na wszystkich mieszkańców w bardzo zróżnicowany sposób.

J.K. Rowling

Pagford to malownicza miejscowość, w której wszyscy się znają. Plotki rozchodzą się tutaj z prędkością światła. Nie dziwi więc fakt, że wiadomość o nagłej śmierci Barry'ego obiega lokalną społeczność migiem. Zasmuca jego przyjaciół, ale dla politycznych oponentów otwiera nowe możliwości. Bo mimo całego swego uroku Pagford skrywa w sobie brzydki sekret w postaci osiedla Fields - pełnego różnego rodzaju degeneratów, ćpunów, przestępców i nade wszystko zaniedbanych trawników. W tej politycznej wojnie o odłączenie Fields bierze udział zaskakująco wiele postaci, a wszystkie są tak wyraziste jakby były namalowane czystym pigmentem.


Jak dla mnie portrety bohaterów są naprawdę świetne! Nikt tu nie jest kryształowy i każdy coś ukrywa. Jednych bohaterów lubimy, kibicujemy im, inni są irytujący albo budzący odrazę. A każdy jest inny. Między postaciami, tak jak i w życiu, występują przedziwne relacje i powiązania. Wchodzimy w nie jak w pajęczą sieć. Jedne wydarzenia i osoby wpływają na inne, te na kolejne i tak dalej aż w nieskończoność. I to mi się zdecydowanie najbardziej podoba w książce. Taki mini efekt motyla, jakby śmierć Barry'ego popchnęła niewidzialne kostki domina oplatające całe Pagford.

"Trafny wybór" bardzo mnie wciągnął. Przeczytałam przysłowiowym jednym tchem. To dobrze opowiedziana historia, trzymająca delikatnie w napięciu. Lekka, ale też niegłupia, trochę do przemyślenia. Przede wszystkim dobra rozrywka. Polecam!
                                   
Trafny wybór. J.K. Rowling.
Ach, ile emocji zawiera w sobie ta kilkudziesięciostronicowa książeczka. Ile obrzydzenia, zdumienia, fascynacji i myśli kłębi się przez nią w głowie. Jeśli jeszcze przygotujecie swoje umysły na lekturę Czarodzieja, zapoznacie się z tematem i opiniami to chyba delikatniej przeżyjecie pierwszy szok, jaki Was spotka (a spotka na pewno). Ja sięgnęłam po tę książkę będąc całkowicie „zielona”. Możecie sobie wyobrazić jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się co to za historia…

Historia starszego pana, który pożądliwym okiem spogląda…

Czarodziej

Na małą dziewczynkę. Tak, tak i oto mamy – drzwi otwarte do umysłu pedofila. Jeszcze możecie uciekać, ale z każdym zdaniem będzie to coraz trudniejsze. W Czarodzieju Nabokov czaruje słowem, oplata niczym pająk swą siecią. Snuje fantazje, plany. Podążamy za nim krok w krok. Istny majstersztyk.

Ja miałam to szczęście, że czytałam Czarodzieja przed Lolitą, dlatego w trakcie czytania byłam wolna od porównań z tamtym dziełem. A nawet teraz, po latach i tak skłaniam się ku przyznaniu prymu Czarodziejowi. Nawet jeśli to tylko efekt pierwszeństwa.

Generalnie opowieść jest tak kontrowersyjna, że po prostu trzeba ją znać.
                                                                                 
Czarodziej. Vladimir Nabokov.
Po pierwsze tytuł... Przyciąga prawda? Ja złapałam się na ten haczyk, nie powiem. Bo zaraz jaki seks? Na jakim księżycu? Eeee pewnie to jakiś chwyt marketingowy. Tak sobie pomyślałam, gdy zobaczyłam tę książkę na półce, ale koniec końców postanowiłam ją wziąć.


I dobrze zrobiłam. Kiedy przeczytałam informacje na okładce, dowiedziałam się, że jest to historia chłopaka, który został astronautą (stąd ten księżyc) i to historia prawdziwa. Jest napisana lekkim językiem, akcja toczy się dynamicznie. Kiedy poznajemy Thada jest takim zwykłym chłopakiem, który ma pod górkę w życiu. Rodzice wyrzucają go z domu, bardzo wcześnie bierze ślub. I później sam nie wie co dalej robić ze swoim życiem. Olśnienie nachodzi go nagle, gdy w biurze karier zauważa segregator z napisem "astronauta". I wtedy postanawia zająć się zawodowo badaniem kosmosu. Brzmi niesamowicie? Dopiero będzie. Książka ciekawie i barwnie opisuje zmagania Thada z dostaniem się do NASA, a później jego pracę w ośrodku kosmicznym. Wszystko wygląda trochę jak american dream, gdy nagle wpada mu do głowy szalony pomysł - chce ukraść mocno strzeżone skały księżycowe o niewyobrażalnej wartości.

Adrenalina robi swoje i przez kolejne strony przechodzi się migiem. Wszystko wydaje się absurdalne. Dlatego moim zdaniem tak dobrze się czyta. Ta opowieść nie zawiera jakiejś wielkiej głębi, to po prostu dobra rozrywka. Chociaż ja spędziłam całkiem sporo czasu zastanawiając się dlaczego on to, u licha, zrobił? W książce powody dla których Thad decyduje się wstąpić na kryminalną ścieżkę są całkiem ciekawie przedstawione, ale czegoś w nich brakuje. A może po prostu nawet sam bohater sobie ich nie uświadamia?

Generalnie to interesująca lektura, lekka, wciągająca, typowo amerykańska. Do przeczytania raczej raz. Może nie zabierze Was w gwiazdy, ale oderwać się od codzienności na pewno pozwoli. Plus to, że po przeczytaniu trudno powstrzymać się od wpisania w Google "skały księżycowe".

A Wy? Czytaliście? Polecacie? Może znacie inne kosmiczne historie?
                                           
Seks na księżycu. Ben Mezrich