Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baśniowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baśniowe. Pokaż wszystkie posty
Urok Wodnikowego Wzgórza jest subtelny. Tkwi w prawie rzeczywistym zapachu nagrzanego brzegu rzeki, porośniętego trzciną, falującą w rytm popołudniowego wiatru. Smakuje świeżymi warzywami prosto z domowego ogródka. Przywodzi na myśl moment ciszy tuż przed zachodem słońca, kiedy cała przyroda nieruchomieje w zachwycie.

recenzja książki
 R. Adams napisał Wodnikowe Wzgórze za namową córek, które jako dzieci były pierwszymi słuchaczami tej historii. Książka odniosła sukces zwłaszcza w ojczyźnie autora, gdzie wpisała się na stałe do klasyki literatury. W Polsce Wodnikowe Wzgórze cieszy się (zupełnie niesłusznie według mnie) mniejszą popularnością. A szkoda, bo to piękna książka.

Krótko o fabule – Wodnikowe Wzgórze to opowieść o królikach. I proszę, nie zniechęcajcie się po przeczytaniu tego zdania! Mimo, że bohaterami książki są zwierzęta, problemy mają bardzo ludzkie. Historia rozpoczyna się, gdy kilku mieszkańców królikarni w Standford postanawia opuścić dotychczasowy dom, przeczuwając bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo. W czasie wędrówki muszą mierzyć się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami, czy to pod postacią samotnego psa wałęsającego się po polach, czy rzeki „nie do przeskoczenia”. Nie dajcie się zwieść przyziemności króliczych kłopotów. Pan Adams snuje swoje historie wciągając czytelnika w główny nurt wydarzeń, z drugiej strony pozostawiając dużo miejsca na własne interpretacje lub rozszyfrowywanie metafor. I wszystko to jest nienachalne. Bo wbrew pozorom ten króliczy exodus nie jest alegorią ludzkich dziejów. Owszem, czasem można się w niej przejrzeć niczym w lustrze, ale są to tylko momenty. Zupełnie inaczej niż przykładowo w Folwarku zwierzęcym, gdzie czytelnikowi cały czas towarzyszy świadomość, że nie o same zwierzęta tu chodzi. Wodnikowe Wzgórze jest mniej abstrakcyjne, co nie znaczy, że gorsze. Powieść płynie spokojnym rytmem – można się nią rozkoszować. Podział na mikro rozdziały sprawia, że czujemy się jakbyśmy pili ulubioną kawę w wakacyjny poranek – powoli, niespiesznie, bez szaleństwa w myślach.

Warto też chwilę przystanąć nad warstwą przyrodniczą – tak bliską naszym puchatym bohaterom. Natura oprócz tego, że jest z oczywistych względów tłem wydarzeń, to największa ozdoba tej historii. Opisy przyrody są bogate w gatunki, tekstury, zapachy, barwy. Te plastyczne obrazy są często porównywane ze światem kreowanym przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. I rzeczywiście jest w nich pewne podobieństwo. Tyle, że Adams opisuje realny świat – znawcy wychwycą to od razu. Przyroda opisana przez autora przypomina stare obrazki botaniczne – te precyzyjne, wnikliwie opisane rysunki roślin o ponadczasowym uroku.

Wodnikowe Wzgórze to jedna z moich ulubionych książek. Wracam do niej kiedy chcę na chwilę przystanąć. Polecam absolutnie każdemu!
                                
Wodnikowe Wzgórze. Richard Adams.
Dziś kilka propozycji książek dla tych, którym gdzieś w milionie spraw do załatwienia umyka atmosfera świąt Bożego Narodzenia.


1. Noelka. Małgorzata Musierowicz. 
Wracam do tej książki baardzo często właśnie w okresie zimowym. Jest to opowieść o zadziornej i trochę egoistyczniej dziewczynie, która doznaje gorzkiego rozczarowania w wigilię Bożego Narodzenia. Chłopak, na którego czeka nie przychodzi. Niespodziewanie to wydarzenie zmieni nie tylko plany świąteczne Elki, ale i całe jej życie. Powieść pełna humoru, ciepła i wiary w to, że czynienie dobra przyciąga jeszcze więcej dobra.

2. Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań. Kelly Link, Holly Black i inni.
Książka, która ponoć jest jednym z najlepszych pomysłów na świąteczny prezent dla dziewczyny : ) Mimo, że jej grupą docelową jest młodzież, to i dorośli znajdą w niej przyjemność. Te krótkie, a zabawne opowiadania udowadniają, że magia świąt kryje się w nas. Różnorodność stylistyczna (od komedii romantycznych po fantastykę) sprawi, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Źródło
3. Listy Świętego Mikołaja. J.R.R. Tolkien.
Tolkiena znacie chyba wszyscy. Kto nie czytał, kto nie oglądał "Władcy pierścieni" lub "Hobbita". A tu okazuje się, że Tolkien był również świetnym tatą i odpisywał na listy swoich dzieci, podszywając się pod świętego Mikołaja. Dołączał do nich piękne rysunki. Przemycał też mnóstwo wątków fantastycznych. Wyobrażam sobie jak jego dzieci musiały być podekscytowane czekaniem na list od samego świętego. To książka dla dzieci, jasne, ale może sami również macie swoje pociechy i chcielibyście sprawić żeby ich dzieciństwo było wyjątkowe. Lektura "Listów..." na pewno Was do tego zainspiruje.

4. Stokrotki w śniegu. Richard Paul Evans.
Współczesna wersja "Opowieści wigilijnej". Piękna historia o tym, jak bardzo można się zmienić. Może jest momentami trochę banalna lub patetyczna, ale mimo kilku minusów warto ją poznać.

5. Garść pierników, szczypta miłości. Natalia Sońska. Powieść opowiadająca o perypetiach dziewczyny Nigdy-Się-Nie-Zakocham, która oczywiście co robi? zakochuje się ; ) Lekkie czytadełko na zimowe wieczory.

A Wy co jeszcze dodalibyście do tej listy?

Zanim George R. R. Martin odkrył, że receptą na sukces literacki jest poprowadzenie ciągu wydarzeń dokładnie na odwrót niż podpowiada happy endowska część naszych umysłów, Lemony Snicket zrobił to samo tylko w wersji dla dzieci. Zaraz, zaraz powiedziałam dla dzieci? Cóż, w mojej opinii Seria Niefortunnych Zdarzeń zdecydowanie nie jest dla dzieci, mimo, że za taką stara się uchodzić.

Seria Niefortunnych Zdarzeń Lemony Snicket

Historia opowiada o dziejach trójki dzieciaków, Wioletki, Klausa i Słoneczka, które właśnie straciły rodziców. Od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak. Fatum nie opuszcza ich ani na moment, a wszystko przyobleczone jest czarnym humorem. Od razu zaznaczam: to książki bardzo specyficzne i pewnie nie wszystkim się podobają. I zdecydowanie nie można brać ich dosłownie. Są przede wszystkim dziwne.

Seria Niefortunnych Zdarzeń
W ogóle wszystko w tej serii jest bardzo charakterystyczne. Tajemniczy jest autor piszący pod pseudonimem, wtrącający czasem malutkie dygresje z własnego (?) życia, dedykujący każdą część równie enigmatycznej Beatrycze. Dziwne są "zapowiedzi" kolejnych części na końcu każdej książki. Ale najbardziej surrealistyczna jest atmosfera Serii Niefortunnych Zdarzeń - iście kafkowska, pełna absurdu, ale i wypełniona wytworami niewyczerpanej wyobraźni. Próżno tu szukać realizmu, nawet tego bajkowego. Sięgając po Serię Niefortunnych Zdarzeń trzeba się przestawić na inny rodzaj percepcji. Styl Snicketa jest tak szczególny, że albo się go pokocha albo znienawidzi.

Książeczki, mimo że udają "grubsze" w rzeczywistości dają się przeczytać spokojnie w jeden wieczór.

Ja osobiście uwielbiam całą serię ; )

A Wy czytacie takie, albo inne książki "teoretycznie" dla dzieci? A może ktoś oglądał film?
                           
Przykry początek. Gabinet gadów. Ogromne okno. Tartak tortur. Akademia antypatii. Winda widmo. Szkodliwy szpital. Krwiożerczy karnawał. Zjezdne zbocze. Groźna grota. Przedostatnia pułapka. Koniec końców. Daniel Handler, ps. Lemony Snicket.
Ponad tysiąc stron przygód Reynevana, Ślązaka z urodzenia, husyty z wyboru, a lekarza-magika z talentu. On i jego przyjaciele przemierzają zniszczone wojnami Czechy co i rusz pakując się w nowe kłopoty. A wszystko to zaczęło się oczywiście przez kobietę i paradoksalnie w kobiecych ramionach się kończy.

Tak oto w kilku zdaniach można opisać trylogię husycką Andrzeja Sapkowskiego. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale już wiem, że nie ostatnie. Chociaż powieści łotrzykowskie nie należą do stałych bywalców na moim nocnym stoliku do czytania, styl, język i pewna lekkość lektury sprawiły, że naprawdę bawiłam się całkiem nieźle.

Jak to przy seriach bywa trudno uniknąć porównań kolejnych książek do siebie. W tym przypadku, niestety tendencja była delikatnie spadkowa, ale nie zrażajcie się. Intryga z grubsza trzymała się kupy, kolejne porwania i ucieczki, mimo swojej obfitości dały się przeżyć (chociaż momentami nużyły, no bo ileż można?).

W trylogii husyckiej wydarzenia historyczne mieszają się z fikcją literacką. Niektórym mniej zorientowanym może być nawet trudno je rozróżnić (kłaniają się lekcje historii). Jeśli zamiast historii woleliście geografię, albo mieszkacie w Zachodniej Polsce lub w jakikolwiek sposób ten teren jest Wam bliski to w każdej z części znajdziecie mnóstwo odniesień to rzeczywistych miejsce z tamtego rejonu. Ja sama mieszkam tu od niedawna, a ta lektura trochę pomogła nie czuć mi się wciąż jak turystka : ) Wszystko to pomieszane było z zarazem mrocznym i magicznym światem. I chociaż elementy fantastyki szyte są czasami grubymi nićmi, to stanowią raczej tło niż sedno powieści.

Andrzej Sapkowski, który słynie z bogactwa językowego w trylogii husyckiej nie skąpił swojego daru. Stylizacja językowa jest przebogata, aż można się nią zachłysnąć. Delikatny humor i skądinąd wiele trafnych wypowiedzi, które szybko przemieniły się w cytaty zdobią chyba wszystkie książki Sapkowskiego. Dla przykładu podam Wam jeden z moich ulubionych cytatów, który (o dziwo!) usłyszałam pierwszy raz wiele lat wcześniej. Utkwił mi mocno w pamięci, stąd moje ogromne zdziwienie, gdy zobaczyłam to zdanie w "Narrenturmie".

Gdy się ucieka, ucieka się jak wilk. Nigdy po ścieżkach, którymi się kiedyś chodziło.
Generalnie książki mogą się podobać. Jeśli tylko macie na nie dużo czasu (są naprawdę grube) i lubicie Sapkowskiego to warto przeczytać. Teraz tym bardziej chętnie sięgnę po "Wiedźmina".

A Wy czytaliście coś Sapkowskiego?
                               
Narrenturm. Andrzej Sapkowski.
Boży bojownicy. Andrzej Sapkowski.
Lux perpetua. Andrzej Sapkowski.
Jeśli nie czytaliście - od razu zamknijcie dzisiejszą notkę. Bo dziś pokusiłam się o interpretację.

"Życie Pi" to alegoryczna i pełna symboli książka autorstwa Yanna Martela. Autor to podróżnik, a właściwie wędrowiec. Mieszkał w wielu zakątkach świata, zajmował się różnymi rzeczami, od zmywania naczyń, po pracę w hospicjum. Można powiedzieć, że z niejednego pieca chleb jadł. "Próbował" też różnych religii - co ciekawe nie wyniósł ich z domu, bo wychował się w ateistycznej rodzinie, ale poznawał je w trakcie swoich licznych wypraw. Zaczęło się od hinduizmu.

Life of Pi

Podobnie zaczyna się życie bohatera powieści, o oryginalnym imieniu Piscine (od nazwy jakiegoś słynnego basenu w Europie). Chłopak jednak sam sobie nadaje imię Pi. Co prawda Pi nie podróżuje po całym świecie, bo jest tylko małym chłopcem, w małej miejscowości w Indiach. Ale już jako tak młoda osoba zaczyna poszukiwania Boga. "Z urodzenia" jest hindusem, ale przeżywa fascynację chrześcijaństwem i islamem. Właściwie wyznaje każdą z tych religii. Nie krępują go konwenanse, rytuały i dogmaty, dlatego nie widzi w tym żadnego antagonizmu. Jednak jego wiara zostaje wystawiona na próbę. Bo oto kiedy jego rodzina postanawia przenieść się do Kanady, statek którym płyną tonie. A że ojciec Pi był dyrektorem ZOO, razem ze statkiem i załogą na dno idą też najróżniejsze zwierzęta. Jednak nie wszystkie. Pi koniec końców trafia na szalupę. Z tygrysem bengalskim. Z hieną. I z orangutanem.

Książka opisuje jego ponad półroczną walkę o przeżycie na środku oceanu z tymi niesamowitymi współpasażerami. Pustka oceanu, sztormy, głód, strach - wszechogarniający i stale obecny. Aż można go wyczuć przez kartki książki. Powieść z miejsca przypomniała mi taki program "O krok od śmierci" emitowany dawno temu przez Discovery (chyba). Historia jest tak ekstremalna, że nie wierzymy, że mogła się wydarzyć naprawdę, żeby nieoczekiwanie... uwierzyć w nią. Dzieje się to właściwie nie-wiadomo-kiedy i nie-wiadomo-dlaczego. A kiedy na koniec historii przytoczona zostaje rozmowa Pi z Japończykami, którzy próbują ustalić co się wydarzyło i w trakcie tej wymiany zdań zostaje zasiane ziarno niepewności - nie było żadnych zwierząt w szalupie, to tylko ludzie doprowadzenie do granic wytrzymałości zaczęli się nawzajem zabijać, i wtedy nagle cała historia nabiera nowego wymiaru. Czy była tylko metaforą? Dlaczego chcemy wierzyć, że była prawdziwa?

Życie PiDopiero po zamknięciu książki zaczynają się pytania. "Życie Pi" jest reklamowane jako powieść "po przeczytaniu, której uwierzymy w Boga". Ja się nie zgadzam z tym, ale doceniam spryt w tym zagraniu. Bo będąc ukierunkowanym na "filozoficzny" odbiór historii, oprócz survivalowej relacji próbujemy dostrzec drugie dno. Ową metaforę, tak bardzo ukochaną przez właściwie wszystkie religie. To taka nauka o nas samych. Większość  z nas ma w sobie coś takiego, że pragnie w coś wierzyć. Potrzebujemy tego, żeby sobie poukładać zbyt skomplikowany świat. Może potrzebujemy tego, że przeżyć? Miałam wrażenie, że Pi wymyślając (?) historię o tygrysie, uratował swoją psychikę. Zapewne takie zjawisko w psychologii ma swoją nazwę, rozdziały w grubych książkach i liczne prace dyplomowe. Umysł ludzki jest niesamowity, że zdołał stworzyć taki system radzenia sobie z traumą. Pi mógł przeżyć tak makabryczne chwile, że żeby jakoś funkcjonować zamienił w swoich wspomnieniach ludzi w zwierzęta. Dziwne prawda?

I jest to wielka zaleta tej powieści - pozostawienie otwartego pola dla interpretacji. Czytałam różne komentarze, zarówno pod filmem jak i książką i zdumiewało mnie to, że każdy zauważał w niej coś innego. Jedni dyskutowali nad podejściem do religii, inni skupiali się na samej przygodzie, niektórzy szukali drugiego dna, a wyjątki widziały ich co najmniej kilka.

Jakkolwiek "Życie Pi" nie stanie się jedną z moich ulubionych lektur, doceniam to, że na pytanie o czym była ta książka nie ma jednej odpowiedzi.

A Wy jak myślicie, o czym jest?
                         
Życie Pi. Yann Martel.
Czyli rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach. Nie wiem jak Was, ale mnie fascynuje świat z pogranicza baśni i fantazji. Legendy, przekazywane z pokolenia na pokolenie, przedziwne stworzenia, wymyślne historie, trochę złego i odrobina dobrego. Słowiańska mitologia jest dzisiaj w pewnym sensie elitarna. Nie tak popularna jest grecka czy rzymska, której uczą w szkole, a równie interesująca. Jestem zdania, że samo położenie geograficzne sprzyjało takim opowieściom - tereny Środkowej Europy pokrywały właściwie same bezkresne puszcze, gdzieniegdzie poprzecinane mglistymi bagnami czy masywami górskimi. Taki krajobraz aż się prosi o zapełnienie go istotami nie z tego świata.

ilustracje do baśni

"Bestiariusz" wypatrzyłam dawno temu w małym bieszczadzkim sklepiku. Przekartkowałam i od razu zwróciłam uwagę na ilustracje. Są naprawdę ozdobą tej książki. Utrzymane w klimacie, przyjemne dla oka, czasem żartobliwe, czasem straszne. Naprawdę świetne.

ilustracje
 Co innego treść... Choć sam pomysł stworzenia Bestiariusza, czyli spisu wszystkich bestii, jest dobry, to już wykonanie trochę kuleje. Powiem wprost, według mnie książka opisuje kolejne stwory "po łebkach". Kilka(naście) zdań, czasami niezbyt odkrywczych i to wszystko. Szkoda! Miałam nadzieję na zagłębienie się w świat mitologii słowiańskiej, byłam ciekawa jeśli nie opowieści, to chociaż anegdot o kolejnych bohaterach. Wiele sobie obiecywałam po tym tytule. No ale, ładne wydanie, przepiękne obrazki i naprawdę bogaty zbiór tych dziwnych istot nie rekompensuje tego, że w "Bestiariuszu słowiańskim" właściwie nie ma o czym czytać. Owszem, przy niektórych postaciach autorzy pokusili się o trochę obszerniejszy komentarz. Zwłaszcza spodobały mi się próby logicznego wytłumaczenia skąd wziął się dany przesąd u ludzi. W końcu często się okazywało, że różnego typu demony wywołujące wśród ludności na przykład jakieś schorzenia okazywały się później chorobą zakaźną albo skutkiem zaburzeń w środowisku. Ciekawie do tego tematu podeszli w książce.
ilustracje

Lecz niestety nawet te plusy nie są w stanie sprawić, żebym była pod wrażeniem "Bestiariusza". Powtórzę jeszcze raz, szkoda. Jeśli macie ochotę pooglądać ilustracje, myślę, że niestety wystarczy przekartkowanie.

A Wy, lubicie słowiańskie legendy?
                            
Bestiariusz słowiański: Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach. Paweł Zych, Witold Vargas
Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.
Była sobie dziewczynka. Mieszkała w Niemczech, w czasach wojny. Kradła książki. Jej historię opowiedziała Śmierć.

niebo

Co to za książka! Fantastyczna! Zanim po nią sięgnęłam słyszałam wiele (dobrych) opinii. Dlatego z przekory zaczęłam czytanie z dystansem. I rzeczywiście, początkowo nie pochłonęła mnie tak bardzo. Poznajemy małą Liesel jak razem z matką i bratem przemierzają Niemcy w drodze do rodziny zastępczej. Zapytacie po co, skoro dziewczynka miała matkę, udaje się do przybranych rodziców. "Złodziejka książek" to opowieść pisana z perspektywy dziecka, więc na wiele odpowiedzi będziemy musieli poczekać, niektórych się domyślić, a są i takie, które pozostaną otwarte.

Liesel po pewnym czasie odnajduję się w nowej rodzinie. Poznaje wszystkich mieszkańców Himmelstrasse, biednej ulicy małego miasteczka w pobliżu Monachium. No i poznaje Rudy'ego. Wybucha wojna. Co niemieckie dzieci o niej myślą? Kim jest dla nich Hitler? I co się stanie, kiedy pewnego dnia do drzwi rodziców Liesel zapuka Żyd?

Tematyka "Złodziejki książek" wcale nie jest nowa. Ale wydaje się być tak świeża. Niesamowite jest postawienie w roli narratora Śmierci, która sama o sobie mówi:
A tak w ogóle to podoba mi się ludzka koncepcja kostuchy. Podoba mi się kosa. To naprawdę zabawne.
W tej książce słowa mają wielką moc. Liesel, która z wielkim trudem uczy się czytać jest na nie najbardziej zachłanna. Świetnym zabiegiem jest wtrącanie od czasu do czasu niemieckich słówek. Nawet jeśli nie lubicie albo nie znacie tego języka, myślę, że go docenicie. No i poznacie trochę niemieckich przekleństw, których uwielbiają używać dzieciaki grając w piłkę, czy mama Liesel.

Cała forma tej powieści jest niestandardowa. Oprócz używania w tłumaczeniu oryginalnego słownictwa, często wtrącane są fragmenty książek pisanych przez bohaterów, razem z ich rysunkami. Chronologia wydarzeń jest z premedytacją zaburzana. I wcale to nie osłabia efektu, jaki robią kolejne zdarzenia. "Złodziejka książek" to historia wyładowana emocjami. A mimo to, oszczędna w ich opisywaniu. Bo przecież czytelnik nie potrzebuje dziesiątków epitetów i setek opisów, żeby poczuć, że Liesel była w danym momencie szczęśliwa lub nie.

Inną zaletą tej książki jest jej, o ironio, prawdziwość. Historia przy całej swojej bajkowości wydaje się niesamowicie autentyczna. Jest też w jakimś sensie głęboka (chociaż uważam, że to słowo jest bardzo nadużywane dzisiaj). Markus Zusak stworzył piękną, wzruszającą książkę dla każdego. Dla mnie - rewelacja. 9/10.

A Wy znacie "Złodziejkę książek"? Może oglądaliście film? Przy okazji, zdjęcie wykorzystane w tekście nie jest przypadkowe, może ktoś zgadnie dlaczego wybrałam akurat takie?

                                                  
Złodziejka książek. Markus Zusak.
Baśniowa opowieść Doroty Terakowskiej o młodej mamie, jej dziecku i kocie o zabawnym imieniu Kotyk. Sen przeplata się tu z jawą – i okazuje się, że te dwa światy mają ze sobą więcej wspólnego niż się wydaje.




Trudno powiedzieć do kogo adresowana jest ta książka. Zdaje się być zbyt przewidywalna dla dorosłych i zbyt dziwna (?) dla dzieci. Jest w niej mnóstwo magicznych elementów: od tajemniczego korzenia (który Ewa – mama, z sobie nawet nieznanych powodów zjada pewnej nocy), po Kotyka i jego krainę, karty tarota, królewskie ubranko… Trochę tego dużo. Może za dużo?

Portrety psychologiczne również nie są mocną stroną tej opowieści i trudno się z nimi identyfikować. Zwłaszcza Adam i Ewa wydają mi się sztuczni. Dużo lepiej wypadają osoby po drugiej stronie, te ze świata snu.

Spodobała mi się natomiast sama Kraina Kota i jej cztery królestwa. Akurat tu, można było sobie trochę pofantazjować, poszukać odwołań do rzeczywistości, zastanowić się nad czymś głębszym.

Lubię twórczość pani Terakowskiej, ale Kraina Kota jakoś mnie nie urzekła. Owszem nie brak jej ciepła, są momenty, kiedy wywołuje uśmiech (np. fragment, w którym Ewa próbuje wydostać tonącego kota z beczki – to mój ulubiony). Ale całość – nie dla mnie. To taka, ot bajka, na długo w myślach nie zostaje.

                                                                    
W krainie kota. Dorota Terakowska.