Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantasy. Pokaż wszystkie posty
Zanim George R. R. Martin odkrył, że receptą na sukces literacki jest poprowadzenie ciągu wydarzeń dokładnie na odwrót niż podpowiada happy endowska część naszych umysłów, Lemony Snicket zrobił to samo tylko w wersji dla dzieci. Zaraz, zaraz powiedziałam dla dzieci? Cóż, w mojej opinii Seria Niefortunnych Zdarzeń zdecydowanie nie jest dla dzieci, mimo, że za taką stara się uchodzić.

Seria Niefortunnych Zdarzeń Lemony Snicket

Historia opowiada o dziejach trójki dzieciaków, Wioletki, Klausa i Słoneczka, które właśnie straciły rodziców. Od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak. Fatum nie opuszcza ich ani na moment, a wszystko przyobleczone jest czarnym humorem. Od razu zaznaczam: to książki bardzo specyficzne i pewnie nie wszystkim się podobają. I zdecydowanie nie można brać ich dosłownie. Są przede wszystkim dziwne.

Seria Niefortunnych Zdarzeń
W ogóle wszystko w tej serii jest bardzo charakterystyczne. Tajemniczy jest autor piszący pod pseudonimem, wtrącający czasem malutkie dygresje z własnego (?) życia, dedykujący każdą część równie enigmatycznej Beatrycze. Dziwne są "zapowiedzi" kolejnych części na końcu każdej książki. Ale najbardziej surrealistyczna jest atmosfera Serii Niefortunnych Zdarzeń - iście kafkowska, pełna absurdu, ale i wypełniona wytworami niewyczerpanej wyobraźni. Próżno tu szukać realizmu, nawet tego bajkowego. Sięgając po Serię Niefortunnych Zdarzeń trzeba się przestawić na inny rodzaj percepcji. Styl Snicketa jest tak szczególny, że albo się go pokocha albo znienawidzi.

Książeczki, mimo że udają "grubsze" w rzeczywistości dają się przeczytać spokojnie w jeden wieczór.

Ja osobiście uwielbiam całą serię ; )

A Wy czytacie takie, albo inne książki "teoretycznie" dla dzieci? A może ktoś oglądał film?
                           
Przykry początek. Gabinet gadów. Ogromne okno. Tartak tortur. Akademia antypatii. Winda widmo. Szkodliwy szpital. Krwiożerczy karnawał. Zjezdne zbocze. Groźna grota. Przedostatnia pułapka. Koniec końców. Daniel Handler, ps. Lemony Snicket.
Ponad tysiąc stron przygód Reynevana, Ślązaka z urodzenia, husyty z wyboru, a lekarza-magika z talentu. On i jego przyjaciele przemierzają zniszczone wojnami Czechy co i rusz pakując się w nowe kłopoty. A wszystko to zaczęło się oczywiście przez kobietę i paradoksalnie w kobiecych ramionach się kończy.

Tak oto w kilku zdaniach można opisać trylogię husycką Andrzeja Sapkowskiego. To było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, ale już wiem, że nie ostatnie. Chociaż powieści łotrzykowskie nie należą do stałych bywalców na moim nocnym stoliku do czytania, styl, język i pewna lekkość lektury sprawiły, że naprawdę bawiłam się całkiem nieźle.

Jak to przy seriach bywa trudno uniknąć porównań kolejnych książek do siebie. W tym przypadku, niestety tendencja była delikatnie spadkowa, ale nie zrażajcie się. Intryga z grubsza trzymała się kupy, kolejne porwania i ucieczki, mimo swojej obfitości dały się przeżyć (chociaż momentami nużyły, no bo ileż można?).

W trylogii husyckiej wydarzenia historyczne mieszają się z fikcją literacką. Niektórym mniej zorientowanym może być nawet trudno je rozróżnić (kłaniają się lekcje historii). Jeśli zamiast historii woleliście geografię, albo mieszkacie w Zachodniej Polsce lub w jakikolwiek sposób ten teren jest Wam bliski to w każdej z części znajdziecie mnóstwo odniesień to rzeczywistych miejsce z tamtego rejonu. Ja sama mieszkam tu od niedawna, a ta lektura trochę pomogła nie czuć mi się wciąż jak turystka : ) Wszystko to pomieszane było z zarazem mrocznym i magicznym światem. I chociaż elementy fantastyki szyte są czasami grubymi nićmi, to stanowią raczej tło niż sedno powieści.

Andrzej Sapkowski, który słynie z bogactwa językowego w trylogii husyckiej nie skąpił swojego daru. Stylizacja językowa jest przebogata, aż można się nią zachłysnąć. Delikatny humor i skądinąd wiele trafnych wypowiedzi, które szybko przemieniły się w cytaty zdobią chyba wszystkie książki Sapkowskiego. Dla przykładu podam Wam jeden z moich ulubionych cytatów, który (o dziwo!) usłyszałam pierwszy raz wiele lat wcześniej. Utkwił mi mocno w pamięci, stąd moje ogromne zdziwienie, gdy zobaczyłam to zdanie w "Narrenturmie".

Gdy się ucieka, ucieka się jak wilk. Nigdy po ścieżkach, którymi się kiedyś chodziło.
Generalnie książki mogą się podobać. Jeśli tylko macie na nie dużo czasu (są naprawdę grube) i lubicie Sapkowskiego to warto przeczytać. Teraz tym bardziej chętnie sięgnę po "Wiedźmina".

A Wy czytaliście coś Sapkowskiego?
                               
Narrenturm. Andrzej Sapkowski.
Boży bojownicy. Andrzej Sapkowski.
Lux perpetua. Andrzej Sapkowski.
Czyli rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach. Nie wiem jak Was, ale mnie fascynuje świat z pogranicza baśni i fantazji. Legendy, przekazywane z pokolenia na pokolenie, przedziwne stworzenia, wymyślne historie, trochę złego i odrobina dobrego. Słowiańska mitologia jest dzisiaj w pewnym sensie elitarna. Nie tak popularna jest grecka czy rzymska, której uczą w szkole, a równie interesująca. Jestem zdania, że samo położenie geograficzne sprzyjało takim opowieściom - tereny Środkowej Europy pokrywały właściwie same bezkresne puszcze, gdzieniegdzie poprzecinane mglistymi bagnami czy masywami górskimi. Taki krajobraz aż się prosi o zapełnienie go istotami nie z tego świata.

ilustracje do baśni

"Bestiariusz" wypatrzyłam dawno temu w małym bieszczadzkim sklepiku. Przekartkowałam i od razu zwróciłam uwagę na ilustracje. Są naprawdę ozdobą tej książki. Utrzymane w klimacie, przyjemne dla oka, czasem żartobliwe, czasem straszne. Naprawdę świetne.

ilustracje
 Co innego treść... Choć sam pomysł stworzenia Bestiariusza, czyli spisu wszystkich bestii, jest dobry, to już wykonanie trochę kuleje. Powiem wprost, według mnie książka opisuje kolejne stwory "po łebkach". Kilka(naście) zdań, czasami niezbyt odkrywczych i to wszystko. Szkoda! Miałam nadzieję na zagłębienie się w świat mitologii słowiańskiej, byłam ciekawa jeśli nie opowieści, to chociaż anegdot o kolejnych bohaterach. Wiele sobie obiecywałam po tym tytule. No ale, ładne wydanie, przepiękne obrazki i naprawdę bogaty zbiór tych dziwnych istot nie rekompensuje tego, że w "Bestiariuszu słowiańskim" właściwie nie ma o czym czytać. Owszem, przy niektórych postaciach autorzy pokusili się o trochę obszerniejszy komentarz. Zwłaszcza spodobały mi się próby logicznego wytłumaczenia skąd wziął się dany przesąd u ludzi. W końcu często się okazywało, że różnego typu demony wywołujące wśród ludności na przykład jakieś schorzenia okazywały się później chorobą zakaźną albo skutkiem zaburzeń w środowisku. Ciekawie do tego tematu podeszli w książce.
ilustracje

Lecz niestety nawet te plusy nie są w stanie sprawić, żebym była pod wrażeniem "Bestiariusza". Powtórzę jeszcze raz, szkoda. Jeśli macie ochotę pooglądać ilustracje, myślę, że niestety wystarczy przekartkowanie.

A Wy, lubicie słowiańskie legendy?
                            
Bestiariusz słowiański: Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach. Paweł Zych, Witold Vargas
Bez zbędnych wstępów II część trylogii "Niezgodna" rozczarowała mnie. Po prostu. A nie spodziewałam się rewelacji, o nie.

Zaczęłam swoją "przygodę" z twórczością pani Roth nietypowo, bo od filmu. Spodobała mi się koncepcja podziału na frakcje i niemal wyczuwalne napięcie między naszą parką głównych bohaterów. A jak wiadomo, słowo pisane ma większą moc dzięki sile wyobraźni, więc założyłam, że książka będzie jeszcze ciekawsza od filmu. I tu niestety mały zgrzyt. "Niezgodna" owszem nie była zła, ale okazała się typową, prostą lekturą dla młodzieży (nie obrażając tejże młodzieży). Właściwie sama nie wiem, czemu zdecydowałam się przeczytać "Zbuntowaną". Może z czasem zapomniałam jakie wrażenie wywarła na mnie pierwsza część i postanowiłam zaryzykować?

Niezgodna
Ciekawe co jest za granicami miasta, prawda?
W każdym razie oddając sprawiedliwość muszę przyznać, że kilka rzeczy się Veronice Roth udało w "Zbuntowanej". Jeśli sukcesem autora jest wykreować postać budzącą emocje, to Tris jest tego znakomitym przykładem. Jej rozterki są tak męczące, tak powtarzalne, a jej rozczulanie się nad sobą prowadzi do głębokiej irytacji. Cokolwiek się wokół dzieje - Tris chce umrzeć. Nie jest ani zbuntowana, ani pozytywna, ani Nieustraszona, ani Altruistyczna. Jest denerwująca. Natomiast Tobias jest równie bezbarwny co woda destylowana. Nawet postacie drugoplanowe nie wyróżniają się za bardzo, bo zanim zdążymy kogoś poznać i polubić to już umiera.

Trup ściele się gęsto, a jedne misje ratunkowe przeradzają się w kolejne. I owszem czyta się to szybko i lekko, bo i język nie jest zbyt trudny, a i opisów niezbyt wiele. Tylko nie daj Bóg, jeśli w tej wartkiej akcji czytelnik na moment się zatrzyma i pomyśli "zaraz, zaraz, ale o co tutaj chodzi?".

Bo konstrukcja logiczna całej tej dystopii burzy się jak domek z kart, gdy tylko uważniej się jej przyjrzeć. Wszyscy biegają tu jak poparzeni, serum prawdy leje się strumieniami, symulacje już nawet nie potrzebują strzykawek, żeby mieszać małym dziewczynkom w głowach. Jeden wielki chaos. Podział na frakcje ma jeszcze mniej sensu niż klasy profilowane w podstawówce. Mimo, że sama idea jest świetna to nie została zbyt głęboko rozwinięta. Nie widzę, też konsekwencji w prowadzeniu tego wątku. Bo czy tylko Nieustraszeni podejmują ryzyko? Okazuje się, że dowolna osoba z dowolnej frakcji z równą determinacją i bez strachu skacze z pociągu, czy przechodzi po drabinie między dwoma budynkami. Serdeczni zdają się mieć takie samo poczucie sprawiedliwości co Prawi. Na czym więc polega podział na frakcje? Bo ja miałam nadzieję, że głównie na tym, że to ludzi są różni i co innego jest dla nich oczywiste i łatwe, a co innego trudne. Ale okazuje się, że różnice dotyczą głównie takich błahostek jak fryzury, ubrania i noszenie okularów. Banalnie. Na dodatek zero poczucia humoru u jakiejkolwiek postaci.

Czyli podsumowując, "Zbuntowana" była dla mnie trochę irytująca, trochę nudna, a na pewno nie było to nic specjalnego. 4/10.
                                         
Zbuntowana. Veronica Roth.
Książka opowiada o dwóch wielkich cywilizacjach - ludzkiej i... mrówczej. Wydawałoby się, że sięgając po tak niesamowity temat Werber odniesie spektakularny sukces. Czy jednak "Imperium mrówek" to książka warta swojej legendy?

Źródło
Z czym kojarzą się Wam mrówki? Co o nich wiecie? Chyba każdy z Was widział te małe, pracowite owady. Na pewno większość widziała również mrowiska na spacerach w lesie. Lecz czy wiecie, że "krew" mrówek jest właściwie przezroczysta? Że zapadają w stan odrętwienia zimą? Że samce giną po zapłodnieniu samicy? Że społeczeństwo mrówek dzieli się na wysoce wyspecjalizowane kasty? Mimo, że "Imperium mrówek" to książka fabularna wiele można się z niej dowiedzieć na temat biologii i behawioru naszych małych sąsiadów. Oczywiście owe fakty należy wyłuskać spośród typowej fikcji literackiej. Ale wprawne oko i trochę ciekawości wystarczą, aby poszerzyć swoją wiedzę.

Wracając stricte do książki - jeśli delikatnie mówiąc nie lubicie owadów lepiej nie czytajcie "Imperium mrówek". Ich świat jest opisany jako dosyć mroczny i bezwzględny. Niektóre opisy mogą przerazić. Cóż, przyroda taka jest - pod pozornym pięknem i spokojem kryje się nieustanna walka o życie. Zdarzenia jakie rozgrywają się w świecie mrówek, mimo początkowej toporności zaczynają po kilkunastu stronach wciągać. Czyta się dobrze, niektóre pojęcia wytłumaczone są w słowniczku na końcu książki (ale dobrze też zajrzeć do Internetu). Jednym słowem wątek mrówek jest ciekawy, wciągający, ale tak jak mówiłam może wywołać niepokój wśród co wrażliwszych osób.

Natomiast wątek ludzi, opowiadany równolegle... Dla mnie katastrofa. Postacie tak płaskie, że różnią się w zasadzie tylko imionami. Ciąg zdarzeń, jakakolwiek motywacja psychologiczna - dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Wyobrażam sobie, że gdybym oglądała film na podstawie tej historii wyłączyłabym w połowie. Chociaż i tak najbardziej rozczarowujący jest koniec, ale tego oczywiście nie mogę Wam zdradzać. Aż jestem w szoku, że obie części zostały napisane przez tego samego autora.

Dlatego "Imperium mrówek" oceniam na 5/10. Szkoda, bo mogło być zdecydowanie lepiej.

Imperium mrówek. Bernard Werber.
Wyobrażaliście sobie kiedyś świat, w którym wszyscy byliby szczęśliwi? Świat, w którym nie ma chorób, starość została wyeliminowana i wszyscy wciąż wyglądają na 30 lat? Społeczeństwo, które nie toczy żadnych wojen? Gdzie każdy pracuje według swoich predyspozycji? Gdzie nikt nie jest samotny, bo "każdy jest dla każdego"? A ceną jest zaledwie brak nikomu i tak niepotrzebnej sztuki, rodziny i indywidualizmu. Drobiazg? Okazuje się, że tak, bo 99,9% tego utopijnego społeczeństwa jest naprawdę szczęśliwa.

Źródło
Huxley opisał swoja wizję "Nowego wspaniałego świata" 80 lat temu, ale mógł równie dobrze zrobić to 8 miesięcy temu i nikt by się nie zorientował. Zaprojektował ową rzeczywistość szczegółowo i zrobił to w sposób bardzo przemyślany. Oprócz wyżej wymienionych elementów, należy dodać jeszcze, że w społeczeństwie przyszłości ludzie powstają z próbówek (kto by się trudził rodzeniem dzieci). Każdy już w życiu płodowym jest przypisywany do odpowiedniej kasty - alfa, beta, gamma, epsilon. Bo w nowym, wspaniałym świecie mit o powszechnej równości już dawno został obalony (a przecież Huxley tworzył w czasach rozkwitu komunizmu). Jednak to, że jakaś osoba została zakwalifikowana do epsilonów, czyli najniższej warstwy społecznej, wcale jej nie przeszkadza. Przecież została uwarunkowana na to. Zna tylko dobre strony swojej sytuacji i nie pragnie zmian. A jeśli nawet kogokolwiek naszłyby jakieś wątpliwości zawsze może zażyć somę, narkotyk, który wymazuje wszelkie złe myśli. Świat totalny.

Huxley stworzył książkę, która jest świetna, bo można o niej dyskutować. Z jednej strony, wizja zaspokojenia wszystkich potrzeb w zamian "tylko" za wolność jest dla jednych kusząca. Z drugiej, każe się zastanowić czym tak naprawdę jest owa wolność. I czy zmanipulowane, non stop znajdujące się w narkotycznym śnie społeczeństwo jest naprawdę szczęśliwe. A ile w niej można znaleźć proroczych wizji? Odniesień do współczesnego świata? Ale nie chcę psuć lektury, więc więcej nie zdradzę.

"Nowy wspaniały świat" znajduje się obok "Roku 1984" i "Folwarku zwierzęcego" Orwella w kanonie gatunku. Trudno powiedzieć, który świat jest bardziej przerażający. Myślę, że każdy zainteresowany tą tematyką musi prędzej czy później sięgnąć po tę pozycję.

A Wy, co sądzicie o utopiach i antyutopiach? Czytacie takie książki?

                                        
Nowy wspaniały świat. Aldous Huxley.
Dziś parę słów o książce „Więzień Labiryntu”. W tamtym roku oglądałam jej ekranizację i spodobała mi się na tyle, że postanowiłam przeczytać książkę.


Co my tu mamy? Przede wszystkim stary jak świat motyw labiryntu, który przeraża już od czasów starożytnej Grecji. Następnie, chłopców zamkniętych na małej przestrzeni, którzy próbują się wydostać. I nie pozabijać  nawzajem. Do tego trochę nowoczesności w postaci ruszających się ścian labiryntu, okropnych stworów – pół maszyn, podkręcających i tak nieciekawą sytuację chłopaków, oraz unoszącą się nad tym wszystkim atmosferą jakiegoś chorego eksperymentu.

Głównym bohaterem jest Thomas, który podobnie jak pozostali, nie pamięta nic z tego co stało się zanim trafił do Strefy. Próbuje jakoś się w tym wszystkim ogarnąć, a łatwo nie jest. Reszta jego towarzyszy stworzyła coś w rodzaju namiastki społeczeństwa, z przywódcami na czele, zasadami, podziałem pracy, nawet z własnym językiem. Wszystkie ich działania podporządkowane są jednemu celowi – ucieczce z tego miejsca. Pojawienie się Thomasa oraz coraz dziwniejsze wydarzenia w Strefie powodują, że ucieczka z „opcji” stanie się „przymusem”.

Czytając „Więźnia labiryntu” czuje się klaustrofobię, napięcie, silne emocje. Pytań jest mnóstwo, a odpowiedzi pojawiają się bardzo powoli. I to jest największym plusem tej książki. Stopniowe odkrywanie prawdy. No i sam pomysł – niby składający się z wyświechtanych motywów, których wszyscy powinni mieć już dość, ale jednak „coś w nich ciągle jest”.

A czego zatem nie ma w „Więźniu…”? Dopracowania! Dialogi, język (te dziwne zwroty, którymi posługiwali się mieszkańcy Strefy, strasznie mnie denerwowały), trochę niewyjaśnionych wątków. I te stwory o uroczej nazwie „bóldożery” – tak, tak nie ma tu błędu. Seriously? Wszystko to obniża jakość lektury. Niestety, bo potencjał był spory. Wychodzi z tego młodzieżówka fantasy, ale do przeczytania jednym tchem. Bez zwracania uwagi na szczegóły.

                                                                
Więzień labiryntu. James Dashner.