Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klasyka. Pokaż wszystkie posty
Urok Wodnikowego Wzgórza jest subtelny. Tkwi w prawie rzeczywistym zapachu nagrzanego brzegu rzeki, porośniętego trzciną, falującą w rytm popołudniowego wiatru. Smakuje świeżymi warzywami prosto z domowego ogródka. Przywodzi na myśl moment ciszy tuż przed zachodem słońca, kiedy cała przyroda nieruchomieje w zachwycie.

recenzja książki
 R. Adams napisał Wodnikowe Wzgórze za namową córek, które jako dzieci były pierwszymi słuchaczami tej historii. Książka odniosła sukces zwłaszcza w ojczyźnie autora, gdzie wpisała się na stałe do klasyki literatury. W Polsce Wodnikowe Wzgórze cieszy się (zupełnie niesłusznie według mnie) mniejszą popularnością. A szkoda, bo to piękna książka.

Krótko o fabule – Wodnikowe Wzgórze to opowieść o królikach. I proszę, nie zniechęcajcie się po przeczytaniu tego zdania! Mimo, że bohaterami książki są zwierzęta, problemy mają bardzo ludzkie. Historia rozpoczyna się, gdy kilku mieszkańców królikarni w Standford postanawia opuścić dotychczasowy dom, przeczuwając bliżej nieokreślone niebezpieczeństwo. W czasie wędrówki muszą mierzyć się z najróżniejszymi niebezpieczeństwami, czy to pod postacią samotnego psa wałęsającego się po polach, czy rzeki „nie do przeskoczenia”. Nie dajcie się zwieść przyziemności króliczych kłopotów. Pan Adams snuje swoje historie wciągając czytelnika w główny nurt wydarzeń, z drugiej strony pozostawiając dużo miejsca na własne interpretacje lub rozszyfrowywanie metafor. I wszystko to jest nienachalne. Bo wbrew pozorom ten króliczy exodus nie jest alegorią ludzkich dziejów. Owszem, czasem można się w niej przejrzeć niczym w lustrze, ale są to tylko momenty. Zupełnie inaczej niż przykładowo w Folwarku zwierzęcym, gdzie czytelnikowi cały czas towarzyszy świadomość, że nie o same zwierzęta tu chodzi. Wodnikowe Wzgórze jest mniej abstrakcyjne, co nie znaczy, że gorsze. Powieść płynie spokojnym rytmem – można się nią rozkoszować. Podział na mikro rozdziały sprawia, że czujemy się jakbyśmy pili ulubioną kawę w wakacyjny poranek – powoli, niespiesznie, bez szaleństwa w myślach.

Warto też chwilę przystanąć nad warstwą przyrodniczą – tak bliską naszym puchatym bohaterom. Natura oprócz tego, że jest z oczywistych względów tłem wydarzeń, to największa ozdoba tej historii. Opisy przyrody są bogate w gatunki, tekstury, zapachy, barwy. Te plastyczne obrazy są często porównywane ze światem kreowanym przez Tolkiena we Władcy Pierścieni. I rzeczywiście jest w nich pewne podobieństwo. Tyle, że Adams opisuje realny świat – znawcy wychwycą to od razu. Przyroda opisana przez autora przypomina stare obrazki botaniczne – te precyzyjne, wnikliwie opisane rysunki roślin o ponadczasowym uroku.

Wodnikowe Wzgórze to jedna z moich ulubionych książek. Wracam do niej kiedy chcę na chwilę przystanąć. Polecam absolutnie każdemu!
                                
Wodnikowe Wzgórze. Richard Adams.
Książka to zgrabny romans napisany w formie biografii Jane Eyre. Tytułowa bohaterka to sierota wychowywana najpierw przez nieczułą ciotkę, później oddana do szkoły o surowej dyscyplinie. Niełatwy początek prawda? Ale i mała Jane ma niełatwy charakter - nie przyjmuje spadającej na nią niesprawiedliwości pokornie - broni się jak tylko może, krzykiem, płaczem i wyrzutami. Kolejne lata przynoszą jej kolejne próby, a w końcu i miłość. To jednak dopiero początek, bo jak to zwykle bywa, bez komplikacji się nie obędzie.


Sięgając po książkę Charlotte Brontë, trochę się obawiałam, że stylem będzie przypominała dzieło jej siostry - "Wichrowe Wzgórza" Emily Brontë - książkę, którą zapamiętałam przez atmosferę duszności, wszechobecnego fatum i trochę jakby marazmu. Zdecydowanie" Wichrowe Wzgórza" nie przypadły mi do gustu no i co tu dużo mówić, bałam się, że z Jane Eyre będzie podobnie. Jednak na szczęście absolutnie żadnego wymienionego wyżej epitetu nie można przypisać do "Dziwnych losów Jane Eyre". Książka jest lekka, napisana bez zbędnego moralizatorstwa, niekiedy przypomina trochę thriller, ale wszystko się broni.

Tak sobie wyobrażam "moją" Jane Eyre.
Postacie, które przewijają się przez opowieść mają skomplikowane i bardzo rozbudowane charaktery. Jane, pan Rochester, pan St. John - wszyscy są nietuzinkowi, wyraziści, można się z nimi nie zgadzać. Działa to bardzo na plus powieści, która nie charakteryzuje się w końcu równie niesamowitą fabułą. Każdy znajdzie tu kogoś z kim będzie mógł się identyfikować.

Przy całej swojej "angielskości", książka nie jest ckliwa - żaden z niej wyciskacz łez. Jeśli miałabym określić ją jednym słowem to powiedziałabym, że jest przenikliwa. Z dodatkiem sarkazmu. Zawiera też zadziwiająco dużo współczesnych poglądów - kobiety w świecie wykreowanym przez Ch. Brontë pracują zawodowo, społeczeństwo nie tylko nie potępia tego zjawiska, co w ogóle nie komentuje (a przecież to XIX - wieczna Anglia). Relacje damsko - męskie zmierzają w stronę równowagi i partnerstwa, co też nie było wtedy częstą sytuacją. Dla samych takich socjologicznych smaczków warto spojrzeć do książki.

Jednym słowem, polecam! Spodoba się wielbicielom gatunku, fanom literatury angielskiej, a także wszystkim zainteresowanym dobrą powieścią obyczajową.

A czy Wy czytaliście "Dziwne losy Jane Eyre"? Co myślicie o siostrach Brontë?
                                               
Dziwne losy Jane Eyre. Charlotte Brontë.



Książka Nevila Shute'a "Miasteczko jak Alice Springs". Opowiada:
  • o Wojnie. I to tej najbardziej znanej, czyli drugiej światowej, ale w wydaniu trochę mniej znanym - opisana jest tam napaść Japończyków na Malaje (kolonia brytyjska, dzisiejsza Malezja).
  • o Wędrówce. Grupa angielskich kobiet, wzięta do niewoli przez tychże Japończyków zamiast trafić do obozu jenieckiego, jest odsyłana do kolejnych miejscowości i do kolejnych komendantów. Kobiety w konsekwencji wędrują w naprawdę trudnych warunkach po całym kraju przez wiele miesięcy.
  • o Niesamowitej kobiecie. Jean Paget. Pod słowem niesamowita chowają się inne - dobra, silna, mądra, zorganizowana, wrażliwa, przedsiębiorcza... Niesamowita.
  • o Klasycznym love story. Wiecie, ona taka idealna, on taki trochę bohater, przeszkody chcą im przeszkadzać, ale oni się nie poddają.
Pewnie czytaliście już mnóstwo takich książek, zawierających mniej lub więcej wymienionych elementów. Ja też. Ale to co jest w "Miasteczku..." najciekawsze to Australia! A najpierw Malezja.

recenzja opinia książka o Australii

Akcja książki rozgrywa się w czasie wojny i zaraz po niej. Australia i Malezja nie świecą jeszcze wieżowcami, serce Kuala Lumpur nie bije w rytm aglomeracyjnego tętna. Australia jest bardziej dzika, bardziej pusta i dużo bardziej niedostępna. Lecz to właśnie w tej rzeczywistości Jean najpierw nie daje się zabić, a później rozkręca biznes na drugim krańcu Ziemi.

"Miasteczko jak Alice Springs" pokazuje jak inne jest życie na Antypodach. Jak zmienia się zupełnie pojęcie odległości. Dla przykładu główna bohaterka lata samolotem po zakupy do "sąsiedniego" miasta Cairns. Spojrzałam z ciekawości na mapę, żeby zobaczyć gdzie znajdują się wymieniane w książce miejsca i byłam prawdziwie zaskoczona! To tak jakby latać sobie z Polski na zakupy do Francji. Klimat również daje się we znaki i odbiega od europejskiego (chociaż aktualnie panujące w Polsce 35 stopniowe upały także nie przypominają "klimatu umiarkowanego"). Jednak największym problemem małych australijskich miasteczek jest samotność.

Jean, niczym wzorowa kobieta pozytywizmu postanawia to zmienić. Żeby zatrzymać ludzi, a zwłaszcza kobiety w głębi kontynentu postanawia stworzyć warunki do pracy i otwiera lodziarnię oraz zakład szewski. Na tym jednak nie kończą się jej pomysły. Jedna inicjatywa nakręca kolejną i tak efektem domina zmienia się jej mała osada.

Mimo, że wizja przedstawiona w książce jest nieco utopijna, ma niewątpliwy urok. Można przenieść sobie w wyobraźni tę sytuację ze skali mikro do szerszej perspektywy miasta czy kraju. I chociaż książka, tak jak już wspomniałam teoretycznie nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest dobrym urozmaiceniem. Australia jest w tym przypadku jak całkiem nowa przyprawa dodana do popularnej potrawy.
                                               
Miasteczko jak Alice Springs. Nevil Shute.
Kolejne spotkanie z literaturą angielską. Dziś na warsztat idą "Wielkie nadzieje" - powieść Charlesa Dickensa. Z jego twórczością spotkałam się już przy okazji "Opowieści wigilijnej" - jeszcze w czasach szkolnych, następnie przy lekturze znakomitego "Davida Copperfielda" oraz nieco gorszego "Oliviera Twista". Dickens uważany jest za jednego z największych moralistów swoich czasów. W swoich książkach zwraca uwagę na niesprawiedliwość społeczną, nieczułość, krzywdzenie dzieci. Moje dotychczasowe doświadczenia z jego utworami potwierdzają tę obiegową opinię. Czy "Wielkie nadzieje" wpisują się w ten schemat?

Wielkie nadzieje Dickens

Otóż, upraszczając sprawę, nie do końca. Ale zanim spróbuję wyjaśnić dlaczego, kilka słów wprowadzenia. "Wielkie nadzieje" to ponad 500-stronicowa powieść, opisująca życie Pipa - biednego chłopca, przygarniętego po śmierci rodziców przez nieco oschłą siostrę i jej męża. Rutynę codzienności przełamuje dziwna wiadomość. Otóż ubogiemu chłopcu ktoś przeznaczył wielki majątek. Jak to wpłynie na jego życie? Pewnie sami się domyślacie, że zmieni je całkowicie.

W powieści jest wyraźny podział na bohaterów dobrych i złych. Białych i czarnych*. Myślą przewodnią jest docenianie tego co się ma, pochwała ciężkiej, uczciwej pracy, gloryfikacja wdzięczności, potępienie toksycznej miłości. Więc pozornie powieść wpasowuje się w ramki moralnego obrazka. Jednak, drugie dno tej powieści jest gorzkie. Czasem bywa za późno na przeprosiny. Dom do którego wracamy po długiej wędrówce bywa zmieniony. Nie wszystko da się naprawić.

Z jednej strony podobało mi się to, że powieść nie jest taka prosta. Jednak z drugiej... Brak w "Wielkich nadziejach" czegoś ponadprzeciętnego. Większość bohaterów jest antypatyczna, ich wybory, mimo, że tak ludzkie, drażnią. Atmosfera bagien, brudnego Londynu i wszechobecnych tajemnic bardzo przypominała mi "Marinę" Zafona. Tak jak i w opisywanych miejsca, tak i ja czułam się trochę duszno czytając "Wielkie nadzieje".

Wielkie nadzieje

Czego jednak nie można odmówić tej powieści? Tego, że zmusza do rozmyślań. Co sami zrobilibyśmy zmieniając nagle swój status majątkowy? Czy potrafilibyśmy przestać kochać kogoś, kto ewidentnie nie chce być kochany? Czy odtrąciliśmy kiedyś troszczących się bliskich? To tylko kilka pytań, które nasunęły mi się pod wpływem lektury.

I za to daję jej 5/10.
                                    
Wielkie nadzieje. Charles Dickens.


*Ciekawe jest to, że jedna z postaci, pan Wemmick, w swojej osobowości zamyka cały przegląd charakterów dickensowskich. Jest dokładnie w połowie "zły" i w połowie "dobry", a ten podział rozkłada się nie tylko w czasie (w godzinach pracy widzimy jego gorszą stronę, inaczej jest w czasie wolnym) ale i w miejscu (i tu znów biuro budzi w panu Wemmicku same zły instynkty, natomiast w swoim domku - Zameczku jest to człowiek do rany przyłóż).
Dziś całe 3 w 1 - "Rozważna i romantyczna", "Emma" i "Perswazje", czyli trzon twórczości pani Austen. Wszystkie są właściwie podobne do siebie. To romanse, rozgrywające się w XIX wiecznej Anglii. Bohaterkami są, a jakże, kobiety, a główną osią fabuły - miłość.


W "Rozważnej i romantycznej" poznajemy dwie siostry, rozsądną Eleonorę i bujającą w obłokach Mariannę. Mimo, że mają tak skrajnie różne usposobienia to łączy ich prawdziwie siostrzane uczucie. Jedni mężczyźnie pojawiają się w ich życiu na krótko, inni zostają na dłużej. Czytając, podświadomie porównujemy reakcje sióstr na podobne wydarzenia. Czy Eleonora nie tłumi za bardzo swoich uczuć? Czy nie pozwalając sobie jakikolwiek zewnętrzny przejaw swych uczuć postępuje właściwie? A Marianna, czy nie jest czasem samolubna? Niezła psychoanalizę można by zaserwować tym dwóm kobietom. Trochę brak tu humoru i słynnej drwiny z ówczesnych obyczajów, które tak się podobają u Jane Austen. Ogólnie niezłe 6/10.

"Emma" to powieść bardziej wyrazista. Tytułowa bohaterka jest irytująca, ale przez to również zdecydowanie ciekawsza. Trochę zarozumiała, trochę przemądrzała i trochę za bardzo wtrącająca się w sprawy innych (zwłaszcza uczuciowe). Mi osobiście jednak bardziej przypadła do gustu niż bohaterki "Rozważnej i romantycznej". Samej akcji w "Emmie" jest niewiele, ale rekompensowane jest to poczuciem humoru. Dla mnie 7/10.

"Perswazje" natomiast zupełnie mnie nie ujęły. Bohaterka jest niebezpiecznie bliska ideału - dobra, mądra, ładna. Przebieg zdarzeń aż do bólu przewidywalny.... Na dodatek cała ta opowieść wydaje mi się nielogiczna psychologicznie. Ale za klimat i oficerów marynarki, którzy zawsze robią dobre wrażenie 5/10.


Komu mogą się spodobać książki Jane Austen? Każdemu kto lubi klimat dziewiętnastowiecznej Anglii. Kto pośród konwenansów, dobrych manier i rozmów o dżentelmenach prowadzonych w pięknie i bogato urządzonych salonach czuje się dobrze. To książki obowiązkowe dla wielbicieli miłości wydanej w starych ramach. Absolutnie nie dla nikogo, kogo drażnią wiktoriańskie obyczaje i pewna doza sztuczności w uczuciach.

A Wy lubicie Jane Austen?

edit* od 27.04.2015 można kupić w biedronce bardzo ładne wydania m.in. Rozważnej i romantycznej, Dumy i uprzedzenia, Opactwa Northanger J. Austen oraz inne : )

klasyka obniżki duma i uprzedzenie
                                                  
Rozważna i romantyczna. Jane Austen.
Emma. Jane Austen.
Perswazje. Jane Austen.
Kolor purpury to kolejna pozycja z listy 100 najlepszych książek BBC. Napisana w formie listów, historia Celii, murzynki, żyjącej w trudnych latach 30-tych w Ameryce. Porusza ona przede wszystkim dwa ważne problemy – dyskryminację rasową i płciową. I powiem, że naprawdę powala na kolana!

Zaczyna się strasznie – poznajemy młodą 14-letnią Celię, piszącą list do Boga, w którym opowiada o gwałcie dokonanym przez jej tatę. Później wcale nie jest lepiej. Życie tej kobiety to jedno wielkie pasmo nieszczęść i smutku. Czasami aż trudno uwierzyć w to co się czyta. Zwłaszcza patrząc przez pryzmat dnia dzisiejszego. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek teraz akceptował przemoc wobec kobiet, wykorzystywanie seksualne i inne upokorzenia. Naprawdę smutno się czyta „Kolor purpury”.

Realności fabule dodaje przede wszystkim forma epistolarna książki. Język głównej bohaterki – stylizowany na „wsiowy” (jak sama Celia o nim mówi) – mimo, że jest trudny w odbiorze, według mnie jest dobrym zagraniem (tu naprawdę wielkie brawa dla tłumacza).

alice walker
Źródło
Druga osią powieści jest konflikt rasowy. Wyzwalanie się ludności murzyńskiej spod władzy białych to częsty motyw w literaturze amerykańskiej. Nawet jeśli nie wszystko „działo się tak jak w książce” to i tak opisywana tam dyskryminacja jest miażdżąca. Ciekawym wątkiem jest również próba pokazania, jak się odnosiła w tamtym czasie ludność afrykańska do owego problemu.

Podsumowując, bardzo przygnębiła mnie ta książka. Ale i wzruszyła. Jej istotę bardzo dobrze oddają takie słowa:
- Jesteś czarna, biedna i brzydka, a w dodatku kobita.
- Jestem biedna, czarna, a może i brzydka i nie umiem gotować. Ale jestem.
                                            
Kolor purpury. Alice Walker.
Moby Dick to wieeelka powieść o polowaniu na legendarnego Białego Wieloryba. Składa się ze 135 krótkich rozdziałów, totalnie wymieszanych gatunkowo. Raz są to relacje z życia na statku wielorybniczym, opowiedziane z perspektywy Izmaela (jednego z głównych bohaterów), innym razem szczegółowe opisy zmagań z wielorybami, psychologiczne rozterki kapitana Ahaba opętanego myślą o zemście, przegląd malarstwa o tematyce morskiej i tak dalej. Naprawdę, jest tam wszystko. Zróżnicowany jest przez to styl całej powieści. Raz trudno oderwać się od lektury, czasami trudno przez nią przebrnąć.

Herman Merville

Początkowo byłam zachwycona. Herman Melville świetnie operuje słowem. Zaczęłam czytać i pomyślałam „to będzie fajna książka”. Później, w miarę pojawiania się kolejnych rozdziałów o anatomii wielorybów, mój zapał nieco ostygł. Z jednej strony fakt, że autor tak bardzo wgłębił się w temat robi wrażenie, z drugiej dla czytelnika zupełnie nieobeznanego z morskim światem może być to nużące. 

Przyznam szczerze, że momentami chciałam „już to rzucić w cholerę” ; ) Jednak powstrzymywałam się bo: 

a) jednak byłam ciekawa czy uda się w końcu dorwać Moby Dicka. 
b) miałam już połowę książki za sobą, więc wg efektu utopionych kosztów* szkoda mi było tego czasu, który już wielorybom poświęciłam. 
c) to przecież KLASYK. 

No właśnie. Klasyk. Z jednej strony znam dużo książek, które w mojej skromnej opinii w pełni zasługują na to zacne miano. Są naprawdę piękne (jakkolwiek banalnie to brzmi) i mimo, że napisano je całe stulecia temu wciąż wywołują emocje. Ale niestety zdarzają się też takie, które nie zachwycają. No po prostu nie pasują. 
Chyba każdego spotkało chociaż raz takie rozczarowanie, kiedy książka, którą wszyscy się chwalą, której tytuł jest powszechnie rozpoznawalny, okazuje się być niczym specjalnym. Na szczęście Moby Dickowi jednak daleko do tego żeby określić go jako przeciętniaka (w pozytywnym tego słowa znaczeniu).


Generalnie, warto się zapoznać z tym dziełem. Komu się spodoba? Myślę, że najbardziej koneserom, takim smakoszom literatury. No i oczywiście tym, którzy gdzieś tam w duszy czują tęsknotę za oceanem i wielkimi przygodami.

A wy, jakie macie odczucia związane z czytaniem klasyki? Co Was rozczarowało, a co utkwiło na długo w pamięci?

*efekt utopionych kosztów to co prawda termin używany w ekonomii, ale można go dopasować do wszystkiego, a tu pasuje mi świetnie.

                                                 
Moby Dick, czyli biały wieloryb. Herman Melville.

Z książkami o miłości jest taki problem, że trudno znaleźć dobre. To taki temat, w którym bardzo łatwo przesadzić, przesłodzić, a z bohaterów zrobić lalki (albo kalki). Dlatego nie było łatwo wybrać tytuły, które naprawdę zasługują na polecenie. Ale te, które wybrałam, wyjątkowo zapadły mi w pamięć.

top książek o miłości


Przeminęło z wiatrem. Margaret Mitchell. Absolutnie niesamowita książka. Mimo, że miałam ją w domu od kiedy pamiętam, długo zwlekałam z tym, żeby ją przeczytać. Miałam do niej jakieś uprzedzenia (nie wiem skąd). Wydawało mi się, że to takie ckliwe romansidło, na dodatek strasznie długie.  Sięgnęłam po nią w ramach projektu „100 najlepszych książek BBC”. Zafascynowała mnie ta historia i namieszała mi w głowie. Wychodzi poza schemat, rodzi milion myśli, cichutko przemyca też treści historyczne (wojna secesyjna). A postać Scarlett? Można jej nienawidzić, można ją kochać, ale nie można przejść obojętnie. Czyli coś co w literaturze uwielbiam najbardziej. Dla mnie numer jeden.

Jeździec miedziany. Paullina Simons. Rosja, czasy wojny, piękna i dobra Tatiana zakochuje się w przystojnym i odważnym Aleksandrze… W tej książce jest dużo cierpienia, wszechobecny głód, który chyba najmocniej zapadł mi w pamięć. Czytałam Jeźdźca już kilka lat temu, ale wciąż jeszcze pamiętam jak realne wrażenie zrobiły na mnie opisy warunków w jakich znajdowali się bohaterowie. Sama miłość, cóż, niczym z bajki. Mnie osobiście nie porwała, ale myślę, że może się podobać wielbicielom typowych romansów.

Duma i uprzedzenie. Jane Austen. Kolejny klasyk. Piękna historia, pełna humoru, ironii i dobrze skrojonych postaci. Plus XIX-wieczna Anglia dla smaku.

Żona podróżnika w czasie. Audrey Niffenegger. (Znana też pod tytułem „Zaklęci w czasie”). Coś dla osób, które potrafią spojrzeć szerzej. Książka, którą równie dobrze można umieścić w kategorii fantasy. Opowiada o miłości dwojga osób, z których jedna, jakkolwiek dziwnie to brzmi, po prostu podróżuje w czasie. W zupełnie nieoczekiwanych momentach, nagle znika, by znaleźć się w przeszłości lub przyszłości. W tym całym zagmatwaniu Claire i Henry próbują wieść normalne życie. Mimo, że to nie do końca mój typ, warto poświęcić mu czas, choćby ze względu na sam pomysł podróży w czasie.

Ach, ile emocji zawiera w sobie ta kilkudziesięciostronicowa książeczka. Ile obrzydzenia, zdumienia, fascynacji i myśli kłębi się przez nią w głowie. Jeśli jeszcze przygotujecie swoje umysły na lekturę Czarodzieja, zapoznacie się z tematem i opiniami to chyba delikatniej przeżyjecie pierwszy szok, jaki Was spotka (a spotka na pewno). Ja sięgnęłam po tę książkę będąc całkowicie „zielona”. Możecie sobie wyobrazić jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się co to za historia…

Historia starszego pana, który pożądliwym okiem spogląda…

Czarodziej

Na małą dziewczynkę. Tak, tak i oto mamy – drzwi otwarte do umysłu pedofila. Jeszcze możecie uciekać, ale z każdym zdaniem będzie to coraz trudniejsze. W Czarodzieju Nabokov czaruje słowem, oplata niczym pająk swą siecią. Snuje fantazje, plany. Podążamy za nim krok w krok. Istny majstersztyk.

Ja miałam to szczęście, że czytałam Czarodzieja przed Lolitą, dlatego w trakcie czytania byłam wolna od porównań z tamtym dziełem. A nawet teraz, po latach i tak skłaniam się ku przyznaniu prymu Czarodziejowi. Nawet jeśli to tylko efekt pierwszeństwa.

Generalnie opowieść jest tak kontrowersyjna, że po prostu trzeba ją znać.
                                                                                 
Czarodziej. Vladimir Nabokov.
Trudno pisać o takich kultowych pozycjach, bo chyba wszystko już o nich zostało napisane. Ale spróbuję.


Buszujący w zbożu. Literatura amerykańska, lata 50. Zapewne wydźwięk tej książki trochę się zmienił przez te 65 lat. Ale od początku, o czym ona jest? To kawałek z życia Holdena, nastolatka, który zostaje wyrzucony ze szkoły. Kilka dni błąka się po NY. Przyglądamy się jego myślom, kolejnym zmianom decyzji, podejściu do świata, kobiet, rodziny, nauczycieli. Akcja nie jest może najciekawsza, bo tu nie o samą fabułę chodzi. Ważniejsze jest studium psychologii nastolatka, ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Wiele osób negatywnie ocenią tę książkę w konsekwencji negatywnej oceny głównego bohatera. Nie jest zbyt sympatyczny, zdaje się być trochę próżny i jakiś taki pozornie płytki. Pozornie, bo z czasem odkrywamy jak dramatycznych wydarzeń był świadkiem (śmierć kolegi), lub uczestnikiem (zawoalowany sygnał, że jeden z jego nauczycieli ma skłonności pedofilskie?). Dla równowagi jeden element z jego osobowości zrobił na mnie wrażenie. To, że brzydzi się obłudą, sztucznością. To jest właśnie to, co często tracimy dorastając, taką alergię na hipokryzję.


Bo buszujący w zbożu to lektura o nietrwałej i ulotnej młodości. W monologu myśli Holdena każdy może odnaleźć echo swoich własnych myśli. Może ukrywają się między wierszami? Ale można też nie odnaleźć niczego.

Wydaje mi się, że Salinger napisał książkę, która może być arcydziełem, a może być też zwykłym przeciętniakiem, w zależności od tego co kto chce w niej znaleźć.
                                                                             
Buszujący w zbożu. J. D. Salinger